Ludzie listy piszą…

Czy ciągle piszą? Chyba raczej emaile niż listy. Tym bardziej z dużą przyjemnością i zainteresowaniem jest czytamy stare i nowsze listy, których zbiory publikowane są w Polsce w dużym wyborze. Na naszym spotkaniu rozmawialiśmy o listach ludzi znanych z historii Polski, pisarzy, artystów i nie tylko…
Dlaczego lubimy czytać listy? Czy tylko chodzi o podglądanie czyjegoś życia? Chyba nie tylko. Listy są nie tylko kroniką czyjegoś życia, ale również bardzo ważnym i cenionym przez badaczy dokumentem epoki.
Dawniej listy odgrywały znacznie większą rolę niż dzisiaj. Były nie tylko czytane przez adresata, ale i udostępniane wielu innym osobom. Stanowiły one pewien rodzaj wymiany informacji, zastępowały prasę. Były też miejscem wyrażania poglądów i dyskusji. Jednocześnie wiele z tych listów można uznawać za dzieła z pogranicza literatury.
Za arcydzieło staropolskiej prozy epistolarnej uważa się listy Jana III Sobieskiego do Marysieńki. Listy te powstawały głównie w latach 1665-1683, w czasie rozstań z Marysieńką, spowodowanych różnymi historycznymi wydarzeniami. Ślady tych wydarzeń i związanych z nimi postaci znajdujemy w listach. Niektóre z nich spełniały dzięki temu rolę gazet. Przykładem może być list pisany w nocy 13 września 1683 roku „w namiotach wezyrskich”, po wygranej bitwie pod Wiedniem. Zaczynał się od dumnie brzmiących słów: „Bóg i Pan nasz na wieki błogosławiony dał zwycięstwo i sławę narodowi naszemu, o jakiej wieki przeszłe nigdy nie słyszały”. Sobieski zdawał sobie sprawy z ważności tego listu i rozkazywał: ” List ten najlepsza gazeta, z którego na cały świat kazać zrobić gazetę, napisawszy, que c’est la lettre du Roi á la Reine [że jest to list króla do królowej]”. Do końca 1683 roku doczekał się on aż pięciu edycji w Polsce; został też przełożony na kilka języków europejskich i osiągnął około dwudziestu wydań w różnych krajach: w Anglii, Austrii, Hiszpanii, w Niemczech i we Włoszech.
Czytelnik „Listów do Marysieńki” dowiaduje się dużo o ówczesnym życiu, obyczajach, o wyprawach wojennych i polityce, przede wszystkim poznaje jednak uczucia Sobieskiego do Marysieńki, pięknie wyrażone w konwencji barokowego romansu pasterskiego.
„(…) Responsu na dwa listy moje nie mam jeszcze od Wci serca mego, w których prosiłem i teraz proszę, abyś mi oznajmiła o muszce, jeśli jej nie tęskno i jeśli nie przypada też kiedy apetyt, to uczyń tę rzecz; bom ja już ledwo żyw bez tego, moja duszo, ani spać, ani jeść, ani pić, ani chodzić, ani siedzieć niepodobna, żeby to milion razy na myśl przyjść nie miało, ale do ślicznej tylko muszeczki, którą całuję milion milionów razy i wszystkie śliczności dobrodziejki mojej, od nóżeczki aż do najśliczniejszej gębusieńki. Przyjedź, moja duszo, moje jedyne serce, skoro dam znać, a jeśli żyw będę, bo już dłużej bez ciebie żyć niepodobna. Proszę, wierz tak temu, moja najśliczniejsza królewno, jak temu, żem był, jest i będę, póko żyw, najwierniejszym twoim sługą (…).”
Listy epoki romantycznej zaczynają wyraźniej ujawniać indywidualność piszącego oraz kontakt emocjonalny i intelektualny miedzy nadawcą i adresatem. Charakteryzują się też szerokim zakresem tematycznym (uczucia, podróże, lektury, obserwacje świata i ludzi).
Autorami najciekawszych listów tej epoki są Fryderyk Chopin (listy do Delfiny Potockiej, George Sand, Marii Wodzińskiej), Zygmunt Krasiński (listy do ojca, Delfiny Potockiej, Jerzego Lubomirskiego), Adam Mickiewicz (rodzina, przyjaciele), Cyprian Kamil Norwid (do Augusta Cieszkowskiego, Józefa Ignacego Kraszewskiego, Konstancji Górskiej, Teofila Lenartowicza), Juliusz Slowacki (listy do matki, do Joanny Bobrowej, Kornela Ujejskiego, Zygmunta Krasińskiego). Listy w tym czasie stały sie gatunkiem literackim.
Świetnym przykładem listów charakterystycznych dla epoki pozytywizmu są „Listy z podróży do Ameryki” Henryka Sienkiewicza. Utrzymane są w stylu osobistej, bardzo żywej i swobodnej gawędy. Opisują życie codzienne na Nowym Kontynencie pod koniec XIX wieku oraz wydarzenia z życia polonii amerykańskiej. Są one dopracowanym artystycznie i literacko dokumentem epoki. Publikowała je Gazeta Polska i Kurier Codzienny.
W czasie okupacji niemieckiej listy z obozów koncentracyjnych były często jedyną drogą kontaktu z uwięzionymi najbliższymi. Były one jednak bardzo rzadkie i tak ocenzurowane, że wszystkie były niemal identyczne. Pomimo tego, że te namiastki kontaktu ze światem często podtrzymywały wolę przetrwania. Drugim ważnym dokumentem mówiącym wiele o życiu obozowym czy więziennym były grypsy. Na spotkaniu jedna z uczestniczek przedstawiła nam książkę Danuty Olesiuk „ Listy z Majdanka. Obóz koncentracyjny w świetle grypsów”. Pokazuje ona obóz koncentracyjny na Majdanku w bezpośrednich relacjach więźniów polskich, przekazywanych w nielegalnej korespondencji rodzinom, osobom niosącym pomoc oraz organizacjom charytatywnym i konspiracyjnym. Grypsy pisane są na różnych skrawkach papieru, bibule, tekturze, kawałkach gazet. Mają one nieocenioną wartość dokumentalną, są wyrazem przeżyć i odczuć autorów. W kilku przypadkach są świadectwem ostatnich chwil z życia więźniów. Błagają oni w nich o ratunek, sporządzają testament i żegnają się z najbliższymi.
„(…) Jestem w piekle. Nigdy nie przypuszczałem, że coś takiego istnieje”.
”Z mojemi płucami to ja się szybko wykończę. Już sił mam niewiele. Męczą mnie kilkugodzinne apele na dworze przed i po zachodzie słońca. Poza tem głód dotkliwy, dają nam parę przemarzniętych kartofli z łupinami, niedogotowaną brukiew i wodę z miętą. Głód i choroby dziesiątkują ludzi. Paczki żadne nie dochodzą. Przez oddawcę kartki przyślijcie mi chleba ”.
Klubowicze przygotowali omówienia zbiorów listów wielu pisarzy i artystów. Jednym z nich był Jacek Malczewski. W książce „Dukt pisma i pędzla. Biografia intelektualna Jacka Malczewskiego”, Dorota Kundelska zawarła listy od Marii Kingi Balowej, pięknej przyjaciółki i muzy malarza, którą darzył głębokim uczuciem i z którą dyskutował na wiele tematów.
„Najdroższy Panie mój, Listy wróciwszy z Włoch zastałam dwa – czemu tak smutne? Czy jesień działa zawsze tak niemiłosiernie szkodliwie na
Ciebie?…Myślą z Tobą złączona posyłam Ci pocałunek (?) z ręki dany na otarcie łzy melancholii Twojej, drogi mój, boli mię cierpienie Twoje, czemu smutny jesteś? Wiem, że odetchnąłbyś inaczej tu przy mnie, na tle olbrzymiego piękna rozlanego na morzu i na lądzie. Czy życie musi tak często uginać się pod ciężarem własnego bytu ?”.
Z okresu międzywojennego pochodzą listy Jana Lechonia do Anny Jackowskiej. Anna Jackowska, adresatka listów, siostra Leona Schillera, żona dyplomaty Tadeusza Jackowskiego, była jedną z nielicznych osób, których przyjaźń z Lechoniem przetrwała niełatwą próbę czasu. Jej dworek we Wronczynie był ośrodkiem bujnego życia towarzyskiego. Do Wronczyna Lechoń często jeździł i tam najlepiej wypoczywał, wzmacniał się wewnętrznie, ładował intelektualnie. Wronczyn był dla Lechonia azylem i Arkadią wiecznej szczęśliwośći. W listach Lechoń wyraża swoją głeboka przyjaźń, adorację i wdzięczność dla Anny Jackowskiej. Poeta wiele razy w trudnych chwilach otrzymywał bezinteresowną i serdeczną pomoc od przyjaciółki.
„[...] Niusiu droga. Chcę Ci tylko powiedzieć raz i na zawsze, że chyba poza Lulkiem i Inką nie ma na świecie nikogo, kto by tak bardzo był Ci oddany, że myślę o Tobie, że jeśli masz do mnie żal o coś, powinnaś mi darować, bo nigdy w myśli mi nic nie pozostało , co by nie było kierowane najwierniejszą, najwdzięczniejszą przyujaźnią dla Ciebie. Niepokoje sie o Ciebie bardzo i czuję głębiej , niż umiem pokazać i niż Ty sobie wyobrażasz.”
Listy Lechonia zawierają mnóstwo szczegółów z życia kulturalnego Warszawy. Sa tam nowinki literackie, teatralne, polityczne, kawiarniane plotki o ludziach i nastrojach. Przewijają się w nich nazwiska znanych poetów, aktorów, polityków. W 1930 roku Lechoń wyjeżdża do Paryża i pisze: „To życie, jakie prowadzę w Paryżu, jest tak inne od warszawskiego, że przez to samo uważam je za dobre i pouczające, i mimo że czasem tęskno, że mi brak ludzi bliskich – chciałbym tu zostać jak najdłużej”.Listy paryskie są bogatym źródłem informacji o środowisku, w którym toczy się życie poety oraz życiu artystycznym, politycznym i towarzyskim w Paryżu. Później często dochodzić zaczyna do głosu poczucie samotności, rozdrażnienie i niepokój. Pisze do Jackowskiejz rozpaczą: „Odpisz mi, błagam, zaraz i zrób coś, żebym był spokojny”. Przyjaźń ich przetrwała ponad trzydzieści lat. Ostatnie listy zza oceanu, gdzie Lechoń się osiedlił po wojnie, sa pełne troski i niepokoju o losy przyjaciół w Polsce i pełne wspomnień wspólnie spędzonych chwil.
Zbiór listów Jana Lechonia i Rafała Malczewskiego (syna Jacka Malczewskiego, również malarza i pisarza) „Coraz trudniej żyć a umrzeć strach. Listy 1952-1955” to obraz epoki, dokument osobisty i zwierzenie intymne. Są to listy dramatyczne i jednocześnie piękne. Dramatyczne, bo pokazują beznadziejną walkę Malczewskiego z chorobą, z którą wygrać nie mógł – i piękne, bo mówią o przyjaźni, która pomaga przetrwać i zachować godność w najtrudniejszych próbach życia. Malczewski osiedlił sie po wojnie w Montrealu. Postępująca choroba utrudniająca mu twórczość oraz coraz trudniejsza sytuacja finansowa, powoduje jego załamanie i wołanie o pomoc. Lechoń, będacy w tym czasie w Nowym Jorku jedną z najbardziej aktywnych postaci polskiego środowiska emigracji wojennej, niestrudzonym organizatorem polskiego życia artystycznego i literackiego, odpowiada na to wołanie i robi wszystko, żeby Malczewskiemu pomóc. W listach swoich powstrzymuje go na duchu, namawia do pracy i wyciąga z rozpaczy.
„Nie ma [...] innej pociechy niż trzymanie się życia, które nie jest całkiem złe – tylko trzeba koniecznie zrobić wysiłek, aby tym złym jego stronom się nie poddać. [...] Żałuję, że jestem tak daleko i nie mogę dawać mu korepetycji trzymania się. Byłem lata całe źle z nerwami i wiem, że nie ma innego lekarstwa jak pracować mimo wszystko i że lekarstwo to jest niezawodne.”
Trzy lata po napisaniu tego listu Lechoń popełnia samobójstwo.
Wielbicieli Andrzeja Bobkowskiego bardzo zainteresował zbiór jego listów do Iwaszkiewicza „Tobie zapisuję Europę. Listy do Jarosława Iwaszkiewicza. 1947-1958”. 21 listów do Iwaszkiewicza to opowieść o spotkaniu dwóch wybitnych polskich pisarzy, starszego i młodszego, sławnego i nieznanego, krajowego i emigracyjnego. W listach tych Bobkowski jest zupełnie inny niż w swojej twórczości. Jest w nich powściągliwy, skromny do przesady, oczarowany adresatem i wywyższający go, jednocześnie pomniejszający swoją osobę i twórczość. Wyjeżdżając do Gwatemali Bobkowski wybrał wolność zostawiając Europę Iwaszkiewiczowi:: „Tobie zapisuję w testamencie Europę. Właściwie najgorsze, co mi zostało. To kłopotliwy spadek”. Natomiast w ostatnim liście do Iwaszkiewicza z 26 grudnia 1948 roku, wysłanym z Gwatemali, pisał tak:
„Mój drogi – czemu mi piszesz, że «taki człowiek jak ty musi robić wiatraczki». Co rozumiesz przez «taki»? Ja nie jestem żaden «taki» – jestem sobie «ja» i już. A wiatraczki? Chyba znasz tę przypowieść o Św. Janie Ewangeliście. Przychodzi do niego jakiś mędrzec i widzi – o zgrozo – że Św. Jan struga klatki dla ptaszków. Zgorszony, że nie zastaje go nad księgami, mówi mu o tym. A na to Św. Jan: «Spróbuj bez przerwy łuk napięty trzymać, a pęknie ci w rękach». Ja, w sobie, trzymałem niejeden napięty i już od dłuższego czasu. Bałem się, że zaczną trzaskać. Nie żałuj mnie. Co mam robić? Pisać? Ja wiem, że nic wielkiego nigdy nie napiszę. Czy sądzisz, że siedzenie w jakimś biurze byłoby lepsze. Brrr – nie znoszę biur. Ja jestem, godło Guatemali – ich ptak, quetzal. Istnieją tylko wypchane okazy, bo żywe, w klatce, zdychają po kilku dniach. A ja nie mam ochoty zdechnąć i żeby mnie oglądali wypchanego”.
Trudno zrozumieć teraz jak tak dwa przeciwne charaktery mogły darzyć się sympatią: Bobkowski, który opuszczając Europę wybiera wolność i dostojny pisarz żyjący wygodnie w komunistycznym „raju”. Można to chyba tylko wytłumaczyć tym, że Bobkowski był zafascynowany twórczością Iwaszkiewicza. Bliskość ta nie trwała długo. W liście do Giedroycia Bobkowski pisze: „Iwaszkiewicz zupełna kurwa”….
Inna przyjaźń : Zbigniewa Herberta i Czesława Miłosza, również nie przetrwała próby czasu. W książce Zbigniew Herbert /Czesław Miłosz „Korespondencja” zawarte są listy z lat 1958–1990, dotyczące zarówno przyjaźni obu poetów, jak i literatury, oraz kwestii światopoglądowych. Przyjaźń ich narodziła się w 1958 roku, gdy Herbert wreszcie po raz pierwszy mógł wyjechać na zachód. Wymieniają się swoimi wierszami. „Zależy mi na twoim sądzie” – napisze Miłosz. Herbert swemu „mistrzowi” przysyła wiersze „do kompetentnej oceny”. Ich dialog czasem zamienia w spór dotyczący nie tylko poezji, ale również innych zagadnień (światopoglądowych, kulturowych, polskich). Herbert był stroną bardziej aktywną w tej korespondencji, on ją podtrzymywał. Szczyt ich przyjaźni przypada n lata 60te. Miłosz już wtedy mieszka w USA, a Herbert podróżuje po Europie. W ich listach wspomnianych jest mnóstwo znanych i ważnych osób. Obaj piszą o nich szczerze i dosadnie. Konflikt miedzy przyjaciółmi wybuchł po spotkaniu w Berkeley, gdy Miłosz miał powiedzieć publicznie, że trzeba przyłączyć Polskę do Związku Radzieckiego. Herbert nie mógł mu tego wybaczyć.
Herbert korespondował również ze Stanisławem Barańczakiem. Ich listy z lat 1972-1996 zostałe wydane w książce „Korespondencja”. Obaj poeci obdarzali się szacunkiem i podziwem. Uważali, że możliwośc wzajemnej wymiany korespondencji jest ogromnym dla nich zaszczytem. Poruszali w listach nie tylko sprawy zawodowe, ale również osobiste. Herbert pisze dużo o przeżyciach z okresu stalinizmu, jak bronił się przed różnymi rodzajami nacisku, o wątpliwościach, które przeżywał . Przy tym nie nazywa siebie męczennikiem. Korespondencja dwóch znakomitych
poetów pozwala nam nie tylko poznać ich lepiej, ale również zrozumieć lepiej kilka wydarzeń z historii najnowszej Polski.
Aż trzy osoby wybrały właśnie tę książkę do zaprezentowania na spotkaniu Klubu. Oto kilka cytatów wybranych przez jednego z klubowiczów (wszystkie pochodzą z listów Herberta):
„Akceptacja własnej głupoty to szczyt mądrości”.
„Prozą polską się nie zachwycam, ale Lema też nie uwielbiam. Science fiction – zabawne ale to nie literatura”.
„Co myślę o Polsce? Myśle podobnie jak Ty, bo nie jestem z tym krajem (jeszcze mniej niż Ty) związany wspólnotą krwi. Ale ta Erde (ohne Blut) jest moja, jak zaraza albo choroba weneryczna i żebym nie wiem jak podskakiwał nie wyzwolę się od tego.”
„A jednak ludzie tam żyją i pracują chociaż niemrawie. W wydawnictwach narzekają, że nie ma powieści tylko wiersze. Działa w Polsce cała chmara poetów i rocznie wydaje się ponad 300 tomów wierszy. Naród poetów i ubeków.”
Zapoznaliśmy sie również z książką „Listy miłosne Franciszka Starowieyskiego”. Listy te, zawierające komentarze żony malarza, to nie jest zwykły tom korespondencji kochających się ludzi. Każdy list malarza jest opatrzony charakterystycznym rysunkiem – zabawnym albo mocno erotycznym, a czasami wręcz obrazoburczym. Dowiadujemy się z nich, jak samotny czuł się za granicą, jakie miejsca czy dzieła sztuki zrobiły na nim wrażenie, z kim się zaprzyjaźnił, a kto go zdenerwował. Gdy coś go szczególnie zainteresowało, zamiast opisywać, rysował to swojej żonie. Strowieyski był kolekcjonerem i opisuje żonie co za zarobione pieniądze udało mu się kupić, jaką staroć odkrył na pchlim targu, od czasu do czasu wpadając w zachwyt nad kosztowną bronią, która mogłaby uatrakcyjnić jego kolekcję.
Najnowszy zbiór listów, zaprezentowany naszym spotkaniu to “Między wierszami” Domagalik i Wiśniewskiego. Sa to listy o miłości, lekturach, wizytach w teatrze, podróżach, wspomnieniach, rodzinnych radościach i smutkach. Ona opowiada mu o pobycie w Paryżu i rozmowie z Paulo Coelho; on zafascynowany donosi o teorii, jakoby szczęście zależało od działania trzech substancji chemicznych i dodaje, że najwięcej karatów w diamentach przypada na m2 placu, który ona widzi z okien hotelu. Rozmawiają o afrodyzjakach, starych fotografiach, zmysłowym głosie nowej żony Sarkozy’ego. Co chwila odkrywają, że patrzą na świat w różny sposób. Czy korespondencja miedzy nimi jest równie ciekawa jak ta dawniejsza? O tym czytelnik musi sam zdecydować.
Czytanie listów jest wspaniałym przeżyciem. Jest zanurzeniem się w czyjeś życie, w czas miniony, ale nie utracony, bo utrwalony w listach. Budzi się tylko jedno pytanie: jak ci ludzie byli w stanie pisać aż tyle listów? Jak znajdowali na to czas, zwłaszcza, że komputerów wtedy nie było. A może właśnie dlatego….