Feeds:
Posts
Comments

Joanna Siedlecka

Klub Miłośników Książki
 (Polish Book Club)

i Związek Narodowy Polski – Gmina I

serdecznie zapraszają na wieczór poświęcony
losom pisarzy w PRL-u na podstawie twórczości

JOANNY SIEDLECKIEJ

19 lutego (piątek) o godzinie 19:00

w lokalu Związku Narodowego Polskiego Gmina I
przy 71 Judson St. w Toronto
MAPA

Spotkanie poprowadzi  red. Krzysztof Zarzecki

 W programie pokaz filmu.
Joanna Siedlecka jest autorką m.in. książek:

“Jaśnie panicz”, 1987 (o Witoldzie Gombrowiczu)
“Mahatma Witkac”, 1992 (o Stanisławie Ignacym Witkiewiczu)
“Czarny ptasior”,, 1993 (o Jerzym Kosińskim)
“Wypominki”,, 1996 (o pisarzach różnych)
“Wypominków ciąg dalszy”, 1999
“Pan od poezji”, 2002 (o Zbigniewie Herbercie)
“Obława: losy pisarzy represjonowanych”, 2005
“Kryptonim „Liryka“: Bezpieka wobec literatów”, 2008.

Po więcej informacji proszę dzwonić do Biblioteki Brentwood 416-394-5240   i poprosić Lidię lub Annę.

 

   

   

~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~

Klub Miłośników Książki rozpoczął czwarty rok swojej działalności spotkaniem z panią Ewą Stachniak, pisarką, autorką książek „Konieczne kłamstwa” („Necessary Lies”), „Ogród Afrodyty” („Garden of Venus”) i „Dysonans”. Panią Ewę  dobrze znamy, bo mieliśmy już przyjemność wcześniej ją gościć  przy okazji wydania „Ogrodu Afrodyty”. Tym razem tematem wieczoru była najnowsza książka, która ukazała się w listopadzie zeszłego roku w Polsce, pt „Dysonans”.  Licznie zgromadzeni miłośnicy książek z dużym zainteresowaniem i przyjemnością wysłuchali fragmentów książki i komentarzy autorki, a także jej odpowiedzi na liczne pytania.

Pani Ewa opisała temat swojej książki jako znaną historię dwóch wspaniałych kobiet i jednego mniej wspaniałego mężczyzny. Te kobiety to Delfina Potocka i Eliza Branicka, a mężczyzna to poeta Zygmunt Krasiński. Delfinę Potocką, muzę artystów okresu romantyzmu, łączył z poetą wieloletni romans i wielka  romantyczna miłość. Natomiast Eliza Branicka była jego żoną. Krasiński żeniąc się z Elizą na żądanie swojego ojca, nie rezygnuje z romansu z Delfiną. I tu zaczyna się, tak bardzo mieszcząca się w konwencji romantycznej, nieszczęśliwa miłość. Sytuacja ta przysparza wiele cierpień obu kobietom, zwłaszcza, gdy poeta wpada na niezwykły pomysł, żeby mieć je obie przy sobie, wynajmuje willę w Nicei dla siebie i żony obok domu Delfiny, tłumacząc to  przyjaźnią jakoby łączącą obie kobiety. Wydaje mu się, że  powinny one zaakceptować tę sytuację i dla jego wygody poświęcić się.  Ale tak się nie dzieje i pojawia się  tytułowy dysonans, dysonans między miłością romantyczną a miłością rzeczywistą.

            Książka nie ogranicza się tylko do opisów przeżyć miłosnych trójki bohaterów, ale daje ciekawy obraz polskiej emigracji lat 1840tych i polskiego romantyzmu w Paryżu. Występują tam tak znane postacie z tamtej epoki jak na przykład ,Fryderyk Chopin, który był Delfiny nauczycielem muzyki i jej serdecznym przyjacielem i oczywiscie najwspanialszym gosciem jej salonu.

„Improwizuje. Senne akordy nokturnu, łagodne skargi żałobnej pieśni, niczym echa innego świata. Namiętność poloneza. Poezja tonów, w której nie ma ani cienia wahania.

Gdy kończy pod jego czarodziejskimi palcami mazurek Dąbrowskiego rozbrzmiewa odgłosami bitew, strzałów i sygnałów trąbek nawołujących do ataku. Ostre, bolesne dźwięki wstrząsaja fortepianem, powracają z goryczą, żądają uwagi, nim przeistoczą się w gwarny chór rozbawionych dzieci.

W salonie na rue de Mathurins goście pochylają głowy. Zasłuchani w nabożnym skupieniu, poruszeni, upojeni muzyką. Najmniejszy ruch nie rozprasza głębokiej ciszy. Ci, co go dotychczas nie doceniali, czują wstyd  na wspomnienie własnej niewiary. Jak mogli uwierzyć, że jego harmonie są ckliwe i niezręczne? Udziwnienia pełne dysonansów rozsadzających uszy? Dlaczego podawali w wątpliwość zachwyty nad Rafaelem fortepianu?

Delfina poruszona do łez, w pragnieniu, by nie utracić jednego akordu, zapomina o pilnowaniu jego łokci.

-Bravo, bravo! Encore! Encore!”

 Dla autorki losy tych dwóch pięknych i sławnych  kobiet i ich tak różne charaktery są fascynujące. Lubi je obie. Delfina była animatorką kultury w Paryżu, ozdobą salonów, pianistką i śpiewaczką . W jej salonie bywali najznakomitsi artyści tamtych czasów. Nieszczęśliwa w nieudanym  małżeństwie, w żałobie po stracie ukochanej córeczki, szuka miłości i zrozumienia u romantycznego poety.

„Zygmunt słucha jej całym ciałem, wchłania jej słowa jej słowa, przyjmuje ich ciężar.

-A może ja nie zasługuję na szczęście? – mówi Delfina. – Może to, co się wtedy stało, i to, co się stało potem, to moja kara. Może wszystko, na co zasługuję, to tylko ból.

Okno jest uchylone na tyle , by do wnętrza przenikała woń różanego krzewu. W ciemnościach coś trzepocze i kwili. Jego pocałunki sa miękkie, delikatne. Jak wiosenna mżawka. Obsypuje nimi jej ręce, ramiona, policzki. W jej włosach kryje się gorzkawy zapach papierosowego dymu. Gdy ośmiela się dotknąć jej warg, gorycz pochitosów znaczy mu usta.

Zaraz, za moment, powie jej, że chwila tak szczęśliwa ściąga anioły z nieba na ziemię, ale teraz marzy, by czas się zatrzymał, by ona na zawsze została w jego ramionach.”

Eliza Branicka pochodziła z  najbogatszego rodu arystokratycznego tamtych czasów, była jedną z najlepszych partii w Europie. Ale wcale nie interesuje się pustym życiem salonów, chce żyć mądrzej. Chce też odkupić winę zdrady ojczyzny popełnioną przez jej ojca. Poświęca się wychodząc za mąż za Krasińskiego, nie bardzo zdając sobie sprawę co to oznacza. Chce być dobrą matką, żoną, katoliczką  i patriotką – to są jej główne życiowe cele. Cierpi w milczeniu widząc jak jej mąż ciągle jest zakochany w Delfinie, a ją zupełnie lekceważy i upokarza. Obserwowanie Elizy, jak w końcu dojrzewa i zaczyna rozumieć, że ma prawo żądać szacunku i uczciwości od męża i że w pewnym momencie  trzeba powiedzieć nie,  było niezwykle fascynujące dla autorki książki.

„Sama go prosiłaś, żeby do niej szedł – syczy starzec z jej myśli – sama umożliwiłaś mu zdradę. Potulność nie jest cnotą. Gniew to nie grzech. Pomyśl o nich teraz , szepcze. Razem objęci, przeklinają twoje istnienie. Pomyśl o niej, twojej ciotce, która całuje usta twego męża. Pomyśl o nim, o twoim mężu, którz wtapia się w nią z większą  namiętnością, niż kiedykolwiek czuł do ciebie. Mówisz o poświęceniu i przebaczaniu, ja mówię o gorączce pożądania i strwonionym nasieniu. Jeśli czegoś nie zrobisz, zginiesz.”

„Dysonans” jest powieścią historyczną i autorka oparła ją na historycznych faktach. Oznaczało to długie i dokładne studiowanie źródeł, odwiedzanie bibliotek, muzeów, pałaców i miast. Dopiero na podstawie tych wszystkich zebranych materiałów  pisarka mogła odtworzyć nie tylko całą historię miłosną i jej tło, ale  poszczególne sceny, rozmowy, opisać miejsca akcji, stroje, obyczaje, spożywane potrawy. Świetnym przykładem może tutaj być opis 6-cio godzinnej wizyty bohaterek u dentysty, oparty na ówczesnych podręcznikach dentystycznych i pamiętnikach pacjentów (panią Ewę fascynują dawne procedury medyczne i metody leczenia, co już było widać w książce „Ogród Afrodyty”).

Na wszystkich spotkaniach  z Ewą Stachniak pada pytanie, dlaczego pisze ona swoje książki po angielsku i potem daje je do tłumaczenia na język polski. Dla czytelników jest to trudno zrozumiałe, gdy słyszą jak świetnie autorka mówi po polsku. Pani Ewa cierpliwie tłumaczy, że zawsze pisała po angielsku i tylko po angielsku, że jest anglistką i wyjechała z Polski bardzo dawno i znacznie łatwiej jest jej pisać po angielsku niż po polsku. W Kanadzie jest sporo pisarzy pochodzacych z innych krajow, ale piszacych po angielsku. „Dysonans” został przetłumaczony na polski przez znaną świetną tłumaczkę Annę Przedpełską-Trzeciakowską (najbardziej znaną z przekładów powieści Jane Austen). Pani Ewa ściśle współpracowała z tłumaczką, która zresztą zachwycona językiem powieści, miała się wrazić o swojej pracy, że ”zdejmowała warstwę angielszczyzny pensetką”.

Padło tez pytanie czy pisanie  po angielsku ma jakąś przewagę nad pisaniem po polsku.

Pani Ewa wyjaśniła, że nie można mówić o przewadze. Język to narzędzie, z którego trzeba wszystko wydobyć. Język angielski nie znosi patosu i jest to jakieś ograniczenie, ale sa tez plusy. Każdy język ma swoje specyficzne cechy. Gdyby znała tylko angielski może by inaczej pisała, bo przecież jest  cały czas pod wpływem języka polskiego, który gdzieś w jej srodku  istnieje. Dzięki znajomości polskiego jej język angielski może jest inny, ciekawszy.

Wersja angielska „Dysonansu” ukaże sie później i będzie sie trochę różniła od wersji polskiej. Między innymi  trzeba wziać pod uwage, że polski czytelnik posiada jakąś wiedzę historyczną, słyszał coś o postaciach występujących w książce. Wie też coś o epoce romantyzmu i nie trzeba mu wobec tego wszystkiego objaśniać od podstaw. W wydaniu angielskim  wiersze Krasińskiego będą musiały być przetłumaczone na angielski. A to niestety bardzo obnaży ich słabość.  Wobec takiego stwierdzenia ktoś zapytał się, czy „Dysonans” może przyczynić się do promocji trochę zapomnianego Krasińskiego.

Pani Ewa zauważyła, że Krasiński był najsłabszym z naszych wieszczów, jego romantyczne wiersze są dość nieciekawe. Natomiast był twórcą znakomitego dramatu „Nie-boska komedia” i wybitnym epistolografem. Był typowym przedstawicielem epoki romantycznej, demiurgiem miłości romantycznej. Język, którego używał w swojej twórczości,  ma duży ładunek emocjonalny, ma dużo metafor, wykrzykników i patosu, jak na romantycznego pisarza przystało. Nie ułatwia to zrozumienia go przez współczesnych czytelników. W „Dysonansie” niektóre wypowiedzi musiały być z tego powodu trochę zmienione, nieznacznie uproszczone (ale jednak z zachowaniem cech charakterystycznych języka tamtej epoki), żeby były lepiej zrozumiałe dla nas.

 Bardzo interesująca była odpowiedź na pytanie na ile sceny opisywane w książce są prawdziwe.

Pani Ewa oparła swoja książkę na faktach jak najbardziej to tylko było możliwe. Wiele informacji o różnych wydarzeniach i rozmowach bohaterów zaczerpnęła z ich listów i listów im współczesnych osób. Listów  Krasińskiego do Delfiny są trzy tomy, listów Elizy – 4 tomy. Niestety listy Delfiny do Krasinskiego nie zachowały się, zostaly zniszczone i nie były nigdy publikowane w żadnej formie.  Ale wiele osób o niej pisało i sceny opisane w książce byly zasugerowane przez fragmenty z innych źródeł i są jak najbardziej autentyczne jak tylko być mogły.

Pani Ewa Stachniak pracuje w tej chwili nad dwoma powieściami o Katarzynie Wielkiej i Stanisławie Poniatowskim, z których pierwsza ukaże się w Kanadzie w przyszłym roku.

            Tu zmieniam „tym” na przyszlym—bo data wydania to luty 2011.

 Dziękujemy pani Ewie Stachniak i wszystkim uczestnikom spotkania za bardzo udany i miły wieczór.

Zapraszamy serdecznie na następne  spotkanie Klubu 19 lutego (piątek). Tematem będą losy pisarzy w PRLu na podstawie książek Joanny Siedleckiej. Spotkanie odbędzie się w sali Związku Narodowego Polskiego, Gmina I,  na  71 Judson St. o godz. 19ej. W programie film i prelekcja red. Krzysztofa Zarzeckiego.

– Anna Czyżo

       

     

 

   

 

 

Kolejne spotkanie Klubu Miłośników Książki, tym razem pod hasłem: „Wracamy do klasyki”, poświęciliśmy najwybitniejszemu dziełu Marii Dąbrowskiej „Nocom i dniom”.

 

 

Maria Dąbrowska (1889-1965) pochodziła z zubożałej rodziny szlacheckiej. Wychowywała się w skromnym dworku w Russowie pod Kaliszem. Jej ojciec, Józef Szumski, powstaniec z 1863, był administratorem majątków ziemskich. Jako jedyna z pięciorga dzieci  otrzymała staranne wykształcenie. Po zdaniu matury na prywatnej pensji w Warszawie, Maria Szumska  studiowała nauki przyrodnicze, filozofię oraz socjologię w Brukseli i w Lozannie.

Debiutowała jako publicystka  w 1910 roku. Pisarka była sympatyczką ruchu niepodległościowego oraz ludowego i spółdzielczego. W niepodległej Polsce pracowała przez pewien czas w Ministerstwie Rolnictwa i Reform Rolnych.

Od publicystyki przeszła do literatury pięknej. Do najsłynniejszychj jej utworów należą m. in. „Uśmiech dzieciństwa” (1923), „Ludzie stamtąd” (1926), „Marcin Kozera” (1927), „Znaki życia” (1938), „Gwiazda zaranna” (1955), „Szkice o Konradzie” (1959).

Najbardziej cenionym dziełem Marii Dąbrowskiej jest tetralogia „Noce i dnie” , w skład której wchodzą cztery części: I. Bogumił i Barbara (1932), II. Wieczne zmartwienie, (1932), III. Miłość, (1933), IV. Wiatr w oczy (1934). Pierwsze przymiarki do napisania tego dzieła, które okazało się największą powieścią jej życia, Maria Dąbrowska rozpoczęła już w drugiej połowie lat 20. Jednak książka nie od razu zatytułowana została „Noce i dnie” i nie miała takiej formy pod jaką ją znamy. Najpierw ukazały się wstępne wersje, dużo krótsze,  w dwóch czasopismach. Dopiero po pewnym czasie Dąbrowska je rozszerzyła i opublikowała w czterech tomach pod tytułem „Noce i dnie”.

Książka nawiązuje do tradycji wielkiej realistycznej powieści-rzeki, wielkiej sagi rodzinnej (jak np „Buddenbrookowie” T. Manna, „Saga rodu Forsytów” J. Galsworthy’ego, „Rodzina Thibault” M. du Garda, „Kronika rodu Pasquier” G. Duhamela). Przedstawia dzieje kilku pokoleń rodziny szlacheckiej na przełomie XIX i XX wieku oraz jest jednocześnie  kroniką powstawania polskiej inteligencji i  świetnym studium psychologicznym głównych bohaterów – Bogumiła i Barbary Niechciców.

Akcja powieści rozpoczyna się w latach osiemdziesiątych ubiegłego wieku, kończy z wybuchem I wojny światowej. Pojawiają się też dygresje sięgające do powstania styczniowego.

Głónym wątkiem powieści jest historia  małżeństwa Niechciców i ich rodziny. Poprzez losy tej rodziny  autorka ukazuje wielki proces społeczny drugiej połowy XIX wieku i początku XX wieku   rodzenia się pokolenia, które potem budowało II Rzeczpospolitą. Następuje wtedy rozkład stylu życia polskiego opartego na tradycjach rodów ziemiańskich. Ze zdeklasowanej, zubożałej po powstaniu styczniowym warstwy ziemiańskiej powstaje  mieszczaństwo i przemysłowcy.  Dąbrowska  jednak jest najbardziej zainteresowana tymi, którzy wypracowują nowy system wartości właściwy dla inteligencji, bo to oni będą w przyszłym społeczeństwie tą najcenniejszą grupą.

W powieści autorka zawarła wiele elementów autobiograficznych. Powieściowy Kaliniec to, bardzo dokładnie opisany,  jej ukochany Kalisz, Serbinów to Russowo, gdzie się urodziła i wychowała.  Bogumił i Barbara Niechcicowie przypominają rodziców autorki,  Agnieszka Niechcicówna to w dużej mierze sama Dąbrowska, a Marcin Śniadowski, jej mąż, to Marian Dąbrowski, zmarły mąż autorki.

  Bogumił i Barbara to dwie zupełnie różne  postawy życiowe.  Bogumił – postać, którą pisarka obdarzyła własnymi przekonaniami, akceptuje życie aktywne, jest ufny i otwarty na otaczający go świat. Poprzez pracę, która stanowi dla niego wartość samą w sobie, jednoczy się z naturą i z innymi ludźmi.
„Musi być w ziemi wszystko zrobione tak, jak potrzeba. Na to sieję, by wzeszło, reszta mnie nie obchodzi.”
„Dla mnie praca na roli jest wielką rzeczą. Ja w niej widzę to czemu warto służyć. I temu służę.”
Praca nadaje sens jego życiu i jest celem jego istnienia.  Patrzy na świat bardzo realnie, nie ma żadnych wymagań, bierze świat takim jaki jest. Pracuje ciężko i wytrwale zgodnie z rytmem przyrody, którą kocha i rozumie.   Jest życzliwy dla innych ludzi i wyrozumiały dla ich błędów, stara się im pomóc, ufa im. Akceptuje odmienność i słabość drugiego człowieka.

  Barbara natomiast  jest pełna metafizycznych pytań, moralnej niepewności, rozdarcia, wiecznego niezaspokojenia, poczucia obcości i egzystencjalnych rozterek.
„…organicznie całą sobą, nie czuła związku ani z bytem przyziemnym, w którym żyła, ani z bytem wzniosłym, do którego tęskniła. Świat był dla niej zbiorowiskiem ludzi i rzeczy potrącającyh się, rzadziej wspomagających się nawzajem, ale nie mających ze sobą żadnej istotnej wspólności. Chaos i samotność czuła w sobie i koło siebie, a czyż może być coś budxącego większą trwogę niż poczucie chaosu i samotności?” 
Jest ciągle bardzo osamotniona, nie mogąca znależć sobie miejsca, gdzie by była szczęśliwa.  Jest typowym przykładem introwertyczki, skupionej na swoich przeżyciach, myślach i marzeniach. Świat zewnętrzny postrzega jako zagrożenie. Wszystko widzi w czarnych barwach, jest pesymistką, spodziewającą się ciągle najgorszego i łatwo wpadającą w panikę.
„Bo wszystko zło, którego się wiecznie spodziewała, może się stać lub nie. Ale to jedno czeka na pewno i ją, i tych czworo, siedzących wesoło przy stole. Nieunikniony rozpad i rozkład, choroba, męka i śmierć.”
 Żyje wśród marzeń i pragnień, których nie udaje się jej zrealizować w życiu codziennym. Jest wiecznie niezadowolona z otaczającej ją rzeczywistości. Wychowana wśród literatury pięknej, odczuwa wyższe potrzeby, których proste życie na wsi nie jest w stanie zaspokoić. Ciągle też wspomina czasy swojej jedynej, romantycznej i nieszczęśliwej, miłości.
„Czy na tym świecie jedynie miłość nieszcześliwa była czymś trwałym, nie zamykającym się, nie kończącym się nigdy? (…) A może ta miłość nie była taka nieszczęśliwa, tylko ona swoim usposobieniem przeobraziła ją w gorzkie niepowodzenie.”

Miłość Bogumiła do Barbary jest  zupełnie innym uczuciem, on  traktuje ją jako kobietę z krwi i kości, liczy na jej pomoc w ciężkiej, codziennej pracy, a nie jak eteryczną damę z romansów. Ona sama natomiast  nie darzy Bogumiła gorącym uczuciem, ale jest z nim mocno związana. 
„Bogumił… – rzekła. Chciała powiedzieć: – Kocham ciebie – lecz nie zdołała. –Było nam przecież dobrze razem? – szepnęła pytająco.”
Przy tym wszystkim,  Barbara nie jest złą osobą. Próbuje przystosować się do życia w ciężkich warunkach wiejskich. Stara się być dobrą gospodynią i wzorową matką i jest w stanie ciężko pracować. Dzieciom przekazała swoje przekonanie, że wiedza i mądrość są ważniejsze od majątku. Niechcicowie uzupełniają się wzajemnie: mądrość i rozwaga Bogumiła, jego spokój i opanowanie jest dopełniane przez uczuciowość i nastrojowość Barbary. 

Bardzo ciekawa jest postać najstarszej córki Niechciców, Agnieszki. W jej osobowości można odnaleźć wiele cech jej ojca, Bogumiła. Agnieszka jest praktyczna, silna, gotowa na wyzwania losu, we wszystkim widzi dobre strony, znajduje urok i sens w codziennych sprawach, aprobuje życie takie jakie jest.
Jednak ta aprobata dla życia, którą Agnieszka odziedziczyła jako cechę charakteru po ojcu, jest inna niż u Bogumiła. Agnieszka łączy bowiem w swej osobie zarówno cechy Bogumiła, jak i Barbary. Po matce Agnieszka ma zamiłowanie do poświęcania się wielkim sprawom. Ambicje i aspiracje pani Barbary sprawiają, że Agnieszka wyróżnia się wśród innych młodych ludzi z jej otoczenia bardzo szerokimi horyzontami myślowymi. Interesuje się sytuacją społeczną i polityczną kraju, chce coś robić pożytecznego, ale nie bierze się za to bez uprzedniego przeanalizowania i przedyskutowania, nawet tylko z samą sobą, wszystkich aspektów jakiejkolwiek działalności.  Najwyższą wartością w jej przekonaniu jest dążenie do własnego, niezależnego światopoglądu. Pełna wątpliwości, ale i młodzieńczej energii i zachwytu życiem, zastanawia się jak pokierować swoim życiem:
„Ach, w istocie, miała chęc do wszystkiego i nęciło ją tyle rodzajów życia, że nie mogła sobie  z tym dać sobie rady. Jak tu wybrać?  Czego sie  wyrzec? , a czemu się poświęcic? Jak rozróżnic , do czego się ma zdolność twórczą, a do czego  – tylko ciekawość zaznania  jednego więcej wrazenia? Bo gdy coś idzie , trudno nie myśleć , że jest się dotego właśnie stworzonym, gdy źle  – jakże nie chcieć tym bardziej wypróbować swych sił w dziedzinie, która zdaje się nas przerastać!”
Agnieszka jest charakterystyczną postacią dla ostatniego pokolenia wychowanego pod zaborami, które później zadecydowało o obliczu niepodległej Polski.

W powieści jest dużo innych  ciekawych charakterów oraz wiele wątków i spraw, które są w stanie zainteresować każdego czytelnika, nawet kogoś kto ciągle myśli o „Nocach i dniach” niechętnie, jako o obowiązkowej lekturze szkolnej. Warto wrócić do tej książki, zapomnieć, że to była lektura szkolna, bo zupełnie inaczej się ją odbiera mając już różne doświadczenia życiowe za sobą. Warto chociażby dla  pięknego polskiego języka, bo „Noce i dnie” są napisane piękną bogatą polszczyzną.

Język “Nocy i dni” to bardzo silna strona Dąbrowskiej. Jest naturalny, niemal po Sienkiewiczowsku niewidoczny, nie za oschły, nie za kwiecisty, nie za obiektywny, nie za ekspresyjny, w sam raz” (Piotr Kuncewicz).
  Dąbrowska zawsze uważała swój język za główny atut własnego pisarstwa i nieraz czyniła go przedmiotem refleksji (wg Drewnowskiego, badacza jej twórczości). Do najgłośniejszych należała jej mowa z okazji otrzymania w 1957 r. Doktoratu honoris causa Uniwersytetu Warszawskiego, w której zwracała się do swojej „ziemi rodzinnej, Ziemi Kaliskiej, Ziemi Wielkopolskiej, będącej jednym ze źródeł polskiego języka literackiego…” .Te słowa wywołały w zapomnianym wówczas Kaliszu prawdziwą euforię. Dąbrowska miała głębokie poczucie historyczności polszczyzny i zdawała sobie sprawę z korzeni swojej polszczyzny. Wciąż podkreślała, że język nie ma charakteru książkowego i pochodzi z rodzinnych kręgów, „z kraju lat dziecinnych”. W „Uśmiechu dzieciństwa”, „Ludziach stamtąd” i „Nocach i dniach” często sięgała po słownictwo Ziemi Kaliskiej.

 Tytul: „Noce i dnie” świetnie oddaje nie tylko  treść książki, ale również  sposób w jaki zostala napisana, jej styl. Dnie i noce się tam toczą powoli, leniwie, zapełnione codzienną krzątaniną i pracą. Od czasu do czasu ta codzienność jest przerywana jakimś większym wydarzeniem, a potem wszystko znów wraca do normy. Wszystko ma tam sens: dni zapełnione obowiązkami, noce przeznaczone na odpoczynek. Pory roku wyznaczają zajęcia, na wsi wszystko toczy się zgodnie z prawami natury. Mijają lata, następują większe i mniejsze zmiany w życiu bohaterów powieści, ale w gruncie rzeczy życie codzienne nie zmienia się, czy to na wsi, czy w mieście. Noce i dnie, praca i odpoczynek następują jedne po drugich.

„W życiu są noce i dnie, ale są i niedziele, te jednak zdarzają się rzadziej niż w kalendarzu.”

Wszystkim miłośnikom książek życzymy jak najwięcej niedziel w nowym 2010 roku na czytanie wspaniałych książek.

– Anna Czyżo

   

  

Poświęcenie jednego ze spotkań Klubu Miłośników Książki pisarzowi Andrzejowi Bobkowskiemu  od dawna leżało nam na sercu. Jego „Szkice piórkiem” zachwyciły nas kilka lat temu, gdy udało się je wreszcie zdobyć w Polsce. A potem lektura jego  listów do matki, do Jerzego Giedroycia, do Tymona Terleckiego, do Jarosława Iwaszkiewicza i  do Anieli Mieczysławskiej, utwierdziły nas w  przekonaniu, że trzeba koniecznie opowiedzieć  o Bobkowskim innym miłośnikom książek. W tym postanowieniu utwierdziło nas otwarcie wystawy o Bobkowskim w warszawskich Łazienkach w 2008 roku.

Kim był Andrzej Bobkowski i dlaczego tak nas fascynuje?

„ był ekonomistą z wykształcenia, intelektualistą i pisarzem z powołania, modelarzem samolocików z upodobań, wiecznym chłopcem z natury. Żył krótko, ale bardzo intensywnie. Pisał mało, ale genialnie. Cenił fantastycznie wolność, ale stał się jej niewolnikiem. Jeden z największych ludzi XX wieku” – tak o nim pisała Helena Zaworska w  eseju Fanatyk wolności.

Urodził się w  w Wiener Neustadt w Austrii 27 października 1913 roku. Był synem Henryka Bobkowskiego profesora Theresianische Akademie w Wiedniu, wykładowcy w Cesarsko – Królewskiej Armii Wojskowej i  Stanisławy Malinowskiej, pochodzącej ze szlacheckiej rodziny z Wileńszczyzny. Ukończył Gimnazjum Św. Anny w Krakowie, a potem  Szkołę Główną Handlową w Warszawie. Otrzymał staranne wykształcenie, znał kilka języków, zawsze bardzo dużo czytał, ale nie był pilnym uczniem. Wagarował i jego oceny, zwłaszcza z zachowania były słabe.  Maturę zdał dopiero za drugim podejściem.

„Mnie rzeczywiście wychowali i wykształcili dość specjalnie. To wszystko odbywało się na bezustannym napięciu, łuku eletrycznym, jaki tworzył się między moją matką i ojcem. Z jednej strony twardy jak stal chromoniklowa żołdak, ale kulturalny, cyniczny, wychowany na Schopenhauerze i Weiningerze i na Die Fackel Karla Krausa, z drugiej strony mezzosopranowe dziewczę z Wilna wykształcone na pensji Pańkiewiczówny w Warszawie, kręcące się bezustannie w towarzystwie ówczesnych pisarzy i artystów, i socjalistów.” (z listu do Kazimierza Wierzyńskiego)

Po ukończeniu studiów ekonomicznych na SGH, w 1938 roku bierze ślub z Barbarą Birtusówną, z którą przyjaźnił się już za  czasów szkolnych i podobno dzięki której zdał w końcu maturę. Trzy miesiące później wyjeżdżają oboje do Paryża. Do Polski już nigdy nie powrócili.

Pobyt we Francji miał być krótki, tylko do czasu otrzymania wizy do Argentyny, gdzie Bobkowski miał zamiar pracować. Wybuch wojny spowodował, że spędzili w Paryżu 9 lat. We wrzesniu 1939 roku Bobkowski zgłasza się do Armii Polskiej we Francji, ale nie zostaje przyjęty. Utrzymuje się z handlu, zakłada polską pralnię dla uchodźców.

W 1940 zatrudnia się we francuskiej fabryce amunicji jako robotnik. Wkrótce zostaje jednak oddelegowany do pracy w Biurze Polskim – reprezentuje tam interesy polskich robotników zatrudnionych we Francji. Po napaści Niemiec na Francję zostaje wraz z fabryką ewakuowany na południe. Kiedy okazało się, że Francja skapitulowała, Bobkowski postanawia wrócić do Paryża, gdzie czeka na niego żona Basia. Jedynym dostępnym środkiem lokomocji były rowery i na rowerze, wraz ze swoim kolegą Tadziem, odbywa wedrówkę swojego życia, której świetny opis, dzień po dniu, znajduje się w jego dzienniku „Szkice piórkiem”(1957).

Czytając dziennik z tej wędrówki jest się razem z autorem na szosach Francji, w słońcu i spiekocie, rozkoszuje się pływaniem w morzu i czuje głód po całodniowym pedałowaniu.

„Słońce, oślepiające słońce, w dole wije się Garonna. Wdechuję zapach rozgrzanych łąk i przymykam oczy, bo wypolerowany asfalt lśni jak lustro. Denerwują mnie miasta. Mijam je szybko i z ulgą oddycham przy wyjeździe. Wspaniałe, zwierzęce uczucie rozkoszy, w której cała uwaga koncentruje się na szybkości, drogowskazach, jedzeniu i znalezieniu noclegu. Mam wrażenie, że jeszcze nigdy w życiu nie miałem wszystkiego do tego stopnia, tak absolutnie gdzieś – i pewnie dlatego jest mi tak dobrze.”

„Zapadła noc, na niebo wyszedł jasny księzyc. Jest zupełnie widno, cisza, lekki plusk morza. Rozkładamy koc na piasku, z małej walizeczki Tadzia robimy stół i jemy. Tej kolacji chyba nigdy nie zapomnę. Noc ciepła i jasna, srebrzysto-popielaty piasek i stanilowe morze. Apetyt. Nieopisana rozkosz , bezmyślna i zdrowa. Piękno nie porusza tu żadnych wspomnień, nie kojarzy sie z niczym – ani z muzyką, ani z poezją. Jest pięknem, które się je tak samo, jak te sadzone jajka ze szpinakiem z puszki i zapija szklanką czerwonego wina. Nie czuje się potrzeby wykołatania z siebie żadnych uczuć czy wzruszeń, tęsknoty lub marzeń. Tu za jednym zamachem można się oduczyć tej słowiańskiej tęskliwości, niebieskookej, łanowo-równinowo-zbożowej. Tutaj piękno jest, jest na talerzu, jest tak uchwytne, że jem jajka , szpinak, księżyc, morze, sałatkę z pomidorów, fasolę i oblizuję się. Może właśnie ta uchwytność nie powoduje ani chęci, ani potrzeby rozpuszczenia myśli , przeciągu w duszy.

„Szkice piórkiem” to dla wielu książka kultowa, książka zachwycająca afirmacją życia, siłą i radością młodości i jednocześnie madrością życiową  i polityczną tak jeszcze młodego autora. Opisy codziennego wysiłku fizycznego, piękna mijanego krajobrazu, smaku prostych potraw przeplatają się z bezkompromisowymi ocenami i analizami sytuacji politycznej (szczególnie ostro ocenia postawę Francuzów wobec Niemców), refleksjami o kulturze  i  obrazkami rodzajowymi.

„To jedna z najważniejszych książek opublikowanych przez Instytut. I to nie tylko ze względu na jej wartości literackie, ale także z powodu zawartych w niej bardzo interesujących refleksji dotyczących oceny sytuacji politycznej po przegranej wojnie” – pisze o „Szkicach piórkiem” Jerzy Giedroyc.

Autora upajanie się absolutną i nieskrępowaną wolnością  to najwspanialsze fragmenty  książki.

„Wierzę w koty i w rum, i w słońce, i w zielone drzewa, i w wolność. Chcę mieć prawo zdechnąć z głodu, jeżeli sobie nie dam rady. I żyć na litość boską, żyć trochę tak, jak mnie się podoba, a niekoniecznie tak, jak się podoba jakiejś zaś… ideologii. Amen. Mam pragnienie. ‘Rumu Darby Mc. Graw’, jak wołał kapitan Flint w Savannah. Po czym wykitował. Ale co se użył, to se użył

Chuliganem wolności Andrzej Bobkowski nazwał sam siebie w liście do swojego stryja:

Człowiek wolny, intelektualista, pisarz i poeta naprawdę wolny, który chce być wolny, będzie do końca tego świata miał coś z chuligana. Flaubert, już stary, napisął w jednym z listów: ‘Wszystkie sztandary zostały do tego stopnia splamione krwią i gównem, iż byłby juz czas nie mieć żadnego’. Czyż to nie typowe zdanie chuligana? Otóż ja, jako chuligan wolności, nie chcę się poddać kontroli.

Wolność, niezależność od nikogo i niczego, była jego obsesją.

Po powrocie do Paryża, jesienią 1940 roku Bobkowski zostaje zatrudniony w biurze likwidacyjnym swojej fabryki, prowadząc jednocześnie tajną pomoc dla polskich robotników. W latach 1940-1944 pracuje w Biurze Polskim przy Atelier de Construction de Chatillon – gdzie nadal pomaga polskim robotnikom. Celem tej działalności była ochrona Polaków przed Niemcami i zapewnienie im środków do życia. Nigdy się nie chwalił swoimi osiągnięciami w tej dziedzinie, ale świadkowie jego pracy bardzo pozytywnie oceniali jego poświęcenie.

Mimo trudnych warunków  życia w okupowanym Paryżu (chociaż w porównaniu z Polską było to życie w miarę normalne), Bobkowski  opisuje ten czas w „Szkicach piórkiem” jako  bardzo szczęśliwy:

„ Potem siadam w fotelu i czytam. Jest mi tak dobrze. Nieraz, gdy w zawrotnym tempie uwijam się po ulicach na rowerze, gdy świeci słońce, jestem tak szczęśliwy jak jeszcze nigdy w życiu. Odkryłem uśmiech myśli. Nie umiem tego inaczej nazwać. Mam ochotę błaznować sam do siebie, robić głupstwa sam dla siebie; rozsadza mnie jakaś głupia radość i lekkość. Wszystko mi się podoba, wszystko wokoło jest jak muzyka. Chwytane w przelocie nastroje poszczególnych ulic i widoki wiją się wewnątrz mnie jak jakiś roztańczony korowód par, każda w innym stroju. Piję coś wielkimi łykami, czego nie umiem określić. Młodość? Dobrze mi, bo jestem młody i silny; dobrze mi, bo jestem sobą i myślę tak swobodnie, jak nigdy dotąd. I mam Basię. Czego więcej potrzeba?”

”Druga rocznica tej wojny. Nie chce mi się uwierzyć. Udało się, jak dotąd, udalo się przetrwać. Miałem dotąd szczęście. Wstyd mi, ale pomimo wszystko co nas dotąd spotkało, jeszcze nigdy w życiu nie czułem się tak szczęśliwy jak przez te lata, nawet te dwa lata wojny. Jeszcze nigdy w życiu nie czułem się tak dobrze. Piszę to w pełni władz umysłowych i nie umiem sobie tego wytłumaczyć. Ale czuję to i nic na to nie poradzę. Może jestem w tej chwili jedynym okazem tego rodzaju? Pochłania mnie życie, to wspaniałe soczyste życie, ten Paryż czasu wojny, każdy dzień.”

W „Szkicach piórkiem” wyraża odwazne i niewybredne opinie nie tylko o Francuzach, ale również o  rodakach, o „polactwie”:  „Polak to mieszanina denaturatu, szampana i rzadkiej – politury obyczajowo-kulturalnej”.Ale też zauważa, że :

„„Jesteśmy narodem stworzonym do życia na emigracji, bo tylko na emigracji potrafimy dokazać cudów. U siebie tracimy jakoś cały rozpęd i każdy marzy tylko, aby być urzędnikiem państwowym. Gdy tylko Polska i ojczyzna nasza święta przestaje nam trochę ujeżdżać mózg, stajemy się jednym z najwspanialszych materiałów ludzkich, ruszamy się, kwitniemy, dorabiamy. Nawet myślimy, co jest raczej rzadka cechą naszego charakteru”.

Po zakończeniu wojny Bobkowscy pozostają w Paryżu. Nie było mowy o powrocie do Polski. Andrzej Bobkowski miał bardzo zdecydowane przekonania polityczne: „liberalny reakcjonista o realistycznym zabarwieniu antyintelektualnym z silnymi akcentami antykomunizmu i zoologicznej nienawiści do Rosji, wszczepionej mu przez ojca od dziecka” – pisze sam o sobie w „Sinopsisie życiorysu”.

Trudno im się żyje w Paryżu w tym czasie. Andrzej kieruje Księgarnią Polską, jest magazynierem w polskiej YMCA i mechanikiem w warsztacie rowerowym. Wraz z Andrzejem Chciukiem redaguje pismo Razem Młodzi Przyjaciele. Działa w organizacji Niepodległość i Demokracja, a także w paryskiej placówce II Korpusu, gdzie współpracuje z Józefem Czapskim. W 1947 r. publikuje swój esej „Nekyja” w pierwszym numerze „Kultury”, której pozostał wiernym współpracownikiem i czytelnikiem do końca swojego życia. Jerzy Giedroyć uważał go za  jednego ze swoich najlepszych przyjaciół, mimo że dzieliło ich inne podejście do walki z komunizmem.

W 1948 roku Bobkowscy opuszczają Paryż i Europę i udają się do Gwatemali. Dlaczego pisarz zdecydował sie na tak wielką zmianę w swoim życiu? Była to jego droga poszukiwania wolności. Miał obsesję na temat wolności, nie chciał od nikogo i niczego być zależny.Europa powojenna go rozczarowała, uważał że Europejczycy nie są już wolni, a kultura europejska zupełnie upadła. Pisze do siostry swojej żony: „mam zamiar opuścić to bajorko zwane Europą. Mam w sobie za wiele radości życia, za wiele czegoś w rodzaju awanturnictwa i za wiele niezawisłości, żeby się gnieść”.

Z drugiej strony nie jest mu wcale łatwo opuszczać Paryż.W liście do matki przed samym opuszczeniem Francji pisze, że to Francja go ukształtowała i „oszlifowała”, że stał się tam mężczyzną i że pokochał tą swoją drugą ojczyznę.  

Życie w Gwatemali okazuje się nie takie łatwe. Był to skok na głęboka wodę. Bez żadnego konkretnego zawodu czy umiejętności, bez znajomości hiszpańskiego, Bobkowski nie może znaleźć pracy. Postanawia wobec tego założyć swój własny biznes. W 1949 roku  otwiera sklep z modelami samolotów. Swoje pierwsze modele struga nożykiem kuchennym. Później otwiera Guatemala Hobby Shop. Gromadzi wokół siebie grono młodych entuzjastów modelarstwa i tworzy klub modelarski stając się założycielem i ikoną gwatemalskiego modelarstwa. Interes rozwija się powoli i przez lata Bobkowscy żyją w biedzie, ciężko przy tym pracując. Ale udaje mu sie w końcu przetrwać na rynku i nawet uzyskać pierwsza pozycję. W 1954 roku bierze udział w światowych zawodach modeli latających w Stanach Zjednoczonych, a w 1956 jedzie na zawody do Szwecji. Do Stanów jeździ kilkakrotnie i za każdym razem w listach wyraża swój zachwyt Nowym Jorkiem.

Jego marzenia o niezależności spełniły się i był dumny, że wszystko zawdzięcza swojej pracy.

Jego przyjaciele z Europy i Stanów próbują go ściągnąć do siebie proponując pracę. Stanowczo odmawia. Pisze do matki, że oni nie rozumieją  „tak ciężko wywalczonej wolności i niezależności się nie rzuca sie tak lekko, że kocham tropik, że dopiero tu odżyłem i może coś więcej zdołam napisać itd.” .  Boi sie, że chcą go uzależnić, bo uważają że pisarz nie może przecież pracować fizycznie. „ A między nami ja jestem bardziej dumny z tych dziesięciu lat niedania się i z tej sklepiczyny niż z wszystkich wypocin, które  napisałem.”

Jego twórczość literacka cierpi z powodu braku czasu i przemęczenia. Poza tym Bobkowski „pisał wolno, każda stronę wypracowywał na ogół do ostatnich granic swoich możliwości. Temu częściowo należy przypisać, że pisał tak niewiele, a także  i temu, że miał on całe zycie coś z amatora”.

Niektórzy uważają Bobkowskiego za autora jednej książki, „Szkiców piórkiem”. Ale był on autorem również opowiadań, sztuki teatralnej oraz wielu bardzo ciekawych listów. Jego korespondencja z matką i z różnymi  pisarzami, to wspaniała literatura, w której opisuje swoje życie w Gwatemali, wyraża swoje poglądy na wiele spraw, dzieli się przeżyciami.  Marzył o napisaniu powieści i planował ją przez dłuższy czas. Niestety gdy wreszcie przystąpił do pisania, zaczęły się kłopoty ze zdrowiem.

W 1958 roku wykryto u niego raka skóry. Przeszedł kilka operacji w związku z przerzutami.

„A więc jednak. Pojutrze operacja   trzecia runda meczu bokserskiego. Wycięcie gruczołów pod lewą pachą, drobna operacja. Czuję się jak salami po plasterku. Kupiłem po południu flaszkę Canadian Club (nie znoszę szkockiego, lubię ten słodkawy smak kanadyjskiej) i dobrze mi. Jestem trochę pijany. Na tamtym świecie nie można się zalać. Smutne to życie pozagrobowe bez whisky. Niech to szlag trafi. Rano wstałem wcześnie o siódmej, i bez śniadania pojechałem do kościoła, do ‘Maryknoll’ do spowiedzi i do komunii, jak się należy do tego  ‘Dżokej klubu’, to trzeba zachowywać reguły.”

Umiera 26 czerwca 1961 r.Zostaje pochowany w grobie rodzinnym doktora Quevedo, którego synów uczył modelarstwa. Był postacią  popularną i cenioną w stolicy gwatemalskiej  i żegnała go publiczna żałoba.

Jego żona pozostaje w Gwatemali i żyjąc w biedzie i ciężko pracując, gromadzi i opracowuje spuściznę męża. Umiera w 1982 roku i zostaje pochowana obok Andrzeja.

Nasze spotkanie klubowe zaczęło się od obejrzenia slajdów z wystawy warszawskiej „Andrzej Bobkowski- Chuligan wolności”. Wystawa cieszyła sie tak dużym zainteresowaniem, że termin jej zamknięcia kilka razy przesuwano. Pokazano na niej po raz pierwszy udostępnione dokumenty, rękopisy, młodzieńcze dzienniki i zdjęcia pisarza z ze zbiorów prywatnych i Archiwum Kultury. Wystawie towarzyszyła prezentacja multimedialna, pokaz filmów dokumentalnych i cykl spotkań o Andrzeju Bobkowskim.
Duży fragment wystawy poświęcony był Barbarze z Birtusów Bobkowskiej, żonie Andrzeja.

Nasza rozmowa zaczęła sie od wypowiedzi pana Krzysztofa, w której wyraził swój podziw dla autora „Szkiców piórkiem” za jego bystry umysł, oczytanie, i trafne opinie polityczne. Pani Justyna podkreśliła  głęboka wrażliwość z jaką Bobkowski odbierał otoczenie i nazwała go wielkim humanistą. Pani Lidia natomiast przeczytała  zbiór utworów  pt „Zmierzch” i zachwyciła się nimi, mówiąc, że ta książka zmieniła jej dzień. Pani Grażyna, która  już wcześniej przeczytała „Szkice piórkiem”  wyznała, że przed Bobkowskim czytała tylko powieści. „Szkice”  Bobkowskiego tak ją zainteresowały, że od tamtego czasu zaczęła czytać najprzeróżniejsze  dzienniki i jest z tego powodu bardzo zadowolona. Pani Teresa podkreśliła, że Bobkowski różnił się od przeciętnych emigrantów, bo nie chciał żadnej pomocy od nikogo, tylko sam sobie stworzył warsztat pracy i żródło utrzymania. Pan Andrzej, jak zawsze niezależny w swoich opiniach, stwierdził, że nie  rozumie zachwytu nad „Szkicami piórkiem”, zupełnie mu ta książka nie odpowiadała.

Zastanawialiśmy sie też nad tym, czy Bobkowski  byłby płodniejszym pisarzem gdyby  jednak przyjął propozycje swoich kolegów po piórze i osiedlił się np w Stanach. Czy dzięki temu miałby więcej czasu i sił na pisanie? Ale czy takie cieplarniane, jak dla niego,  warunki, nie zabiłyby w nim wszelkiej weny twórczej i przytłoczyłyby go zupełnie, bo nie czułby się wolny? Zdania co do tego były podzielone.

Na zakończenie pan Roman odczytał kilka krótkich cytatów ze „Szkiców piórkiem”:

„Tylko człowiek nie jest fikcją, wszystko inne jest fikcją”

„Z emigracji nie wraca się.”

„Piękno może być tak samo trudne do zniesienia jak ból. Można je znosić tylko do pewnej granicy, przeżywać do pewnej głębokości. I potem mdleje się wewnętrznie.”

Piękno prozy Andrzeja Bobkowskiego będziemy pewnie nie raz jeszcze podziwiać, a jego postawa życiowa dla wielu z nas może stać się przykładem jak żyć.

– Anna Czyżo

Nasze wrześniowe spotkanie, pierwsze po przerwie wakacyjnej, zaczęlismy trochę nietypowo, bo od uczczenia jednego z  najwierniejszych i najaktywniejszych członków Klubu , pana Krzysztofa Zarzeckiego. Niektórzy z nas byli na otwarciu wystawy przedstawiającej wkład Polaków w rozwój Ontario, „Polish Spirit”, w Centrum Jana Pawła II we wrześniu i tam dowiedzieliśmy się, że pan Krzysztof jest nie tylko jednym z współtwórców tej wystawy, ale również jej bohaterem. Jego życiorys, jako tłumacza literatury kanadyjskiej, a tłumaczył takich znanych pisarzy jak Margaret Atwood, Carol Shields, Richard Bruce Wright, Robertson Davies, został tam umieszczony na jednej z plansz. Jesteśmy dumni i szczęśliwi, że mamy w swoim gronie pana Krzysztofa i wdzięczni za jego bardzo cenny wkład w nasze dyskusje.

    IMG_0915 IMG_0916

  IMG_0913  IMG_0911

IMG_0910 IMG_0912

Po oklaskach dla pana Krzysztofa Zarzeckiego przystąpiliśmy do właściwego tematu naszego spotkania-  twórczości pisarza Józefa Hena.
Józef Hen, pisarz, scenarzysta, dramaturg, reportażysta, urodził się w 1923 roku w Warszawie. Mieszkał na ulicy Nowolipie na Muranowie i wspomina ten okres swojego życia w bardzo osobistej i wzruszającej  książce „Nowolipie” wydanej 1991 roku.

Zadebiutował już jako dziecko  w „Małym Przeglądzie”, piśmie dla dzieci założonym przez Janusza Korczaka. Od początku wiedział, że jest pisarzem i nigdy nie wyobrażał sobie życia bez pisania.
Po wybuchu wojny, zdając sobie sprawę co mu grozi jako Żydowi,  ucieka na Wschód. W Związku Radzieckim pracuje przy budowie szosy koło Kijowa, a potem trafia do Samarkandy w Uzbekistanie. Zostaje wcielony do Armii Czerwonej, z której ucieka i próbuje dostać się, bezskutecznie, do Armii Andersa. Bojąc się, że będzie zmuszony pozostać w Związku Radzieckim na zawsze, w 1944 wstępuje do II Armii Wojska Polskiego. W tym samym roku w Lublinie pracuje w teatrze wojskowym, a po wojnie w redakcji tygodnika ,,Żołnierz Polski”. Z wojska odchodzi w 1952 r.i poświęca się całkowicie  pracy literackiej.

Już w 1947 r. opublikował pierwszą swoją książkę „Kijów, Taszkient, Berlin. Dzieje włóczęgi”,  będącej zapisem jego wojennych doświadczeń. Twórczość pisarza, bardzo obszerna, rozwijała się kilkutorowo. Hen pisał książki poświęcone tematyce wojennej ( „Kwiecień”, „Nikt nie woła”) i powieści współczesne, w których często przeplatał wątki polityczne romansowymi, tworząc akcję przykuwającą uwagę czytelników („Toast”, „Yokohama”, „Bruliony profesora T.”,” Milczące między nami”). Tworzył także powieści historyczne („Crimen. Opowieść jarmarczna”, „Królewskie sny”).

W twórczości pisarza zawsze ważne miejsce zajmowały też treści autobiograficzne  (jak np w  „Nie boję się bezsennych nocy” czy „Nowolipie”).  W październku ukaże się jego nowa książka autobiograficzna „Apetyt na życie”.

Józef Hen jest bardzo ceniony jako  autor historycznych powieści-biografii  poświęconych zarówno znanym postaciom kultury powszechnej („Ja, Michał z Montaigne”), jak i polskiej („Błazen – wielki mąż. Opowieść o Tadeuszu Boyu-Żeleńskim”,” Mój przyjaciel król. Opowieść o Stanisławie Auguście Poniatowskim”).

Pisał także scenariusze filmowe, które też reżyserował, m.in. „Autobusy jak żółwie”. Na podstawie jego utworów nakręcono na początku lat 60.  filmy „Krzyż Walecznych”, „Nikt nie woła” oraz „Prawo i pięść”. Później sfilmowano też „Crimen”.   Hen napisał  scenariusz do serialu „Życie Kamila Kuranta” oraz współtworzył także serial historyczny „Królewskie sny”.

Jest członkem i działaczem Związku Literatów Polskich, członkiem PEN Clubu i Stowarzyszenia Filmowców Polskich.
Książki Józefa Hena doczekały się kilkunastu tłumaczeń, m.in na czeski, niemiecki i francuski.

Hen zebrał przez lata wiele literackich nagród i jubileuszowych wyróżnień. We wrześniu tego roku został  Laureatem Nagrody Literackiej m.st. Warszawy 2009 za całokształt dokonań.

dziennik_na_nowy_wiek.promo boyzelenski ja-michal-z-montaigne

Dyskusja na temat książek Józefa Hena zaczęła się od raczej negatywnych opinii. Ci, którzy przeczytali, a właściwie w większości próbowali przeczytać, powieść „Mój przyjaciel król. Opowieść o Stanisławie Auguście Poniatowskim”, narzekali na jej monotonię spowodowaną nieprzerwanym monologiem narratora. W książce, wbrew powszechnym przekonaniom, autor  ukazuje króla jako światłego, ambitnego i świadomego swojej roli władcę – patriotę, który doskonale wie, co dzieje się w kraju i poza jego granicami. Odsłania wątpliwości i rozterki króla, pokazuje poświęcenia i wybory, których musiał dokonywać i jego próby reformowania państwa i walkę z konfederatami. . Opisując osiemnastowieczne dwory i panujące na nich obyczaje, autor kreuje rzetelny historyczny obraz, poparty dokumentami, listami i pamiętnikami Stanisława Augusta. Wyraźnie widać, że  darzy on króla dużą sympatią.
Czy daliśmy się przekonać do króla Stasia? Niektórzy spojrzeli na jego postać przychylniej, inni ,jak np pan Roman, który zdołał przebrnąć do końca książki, nie zmienili negatywnej o nim opinii.

Natomiast z dużo bardziej przychylnymi ocenami spotkała się powieść biograficzna o Boyu –Żeleńskim „Błazen – wielki mąż”.  Jest to napisany pięknym językiem, przewodnik po życiu i przeżyciach Tadeusza Boya-Żeleńskiego, lekarza, społecznika, publicysty, kabareciarza, recenzenta i tłumacza. Pani Grażynie książka nie bardzo przypadła do gustu, ale za to Pan Krzysztof bardzo pozytywnie ją ocenił  zauważąjąc i popierając to stwierdzenie cytatami, że jest ona osadzona w szerokim kontekście historyczno-obyczajowym.  Bardzo dużo można się dowiedzieć z niej nie tylko o Boyu, ale też o obyczajach tamtych czasów, Krakowie z przełomu wieków, o Paryżu i Warszawie z okresu dwudziestolecia miedzywojennego. No i oczywiście o teatrze. Do tego cała plejada znanych postaci z tamtych czasów, jak Wyspiański, Przybyszewski, Tetmajer i wielu innych.

Kilka osób przeczytało „Pinpongistę”, współczesną powieść, nawiązującą do bolesnego wydarzenia jakim był mord w Jedwabnym. Pani Teresa i pan Andrzej podkreślili, że książkę łatwo się czyta dzięki żywej narracji. Teraźniejszość przeplata się z przeszłością, rozważania moralne z opisami spotkań z ludźmi- wszystko to w małomiasteczkowej scenerii.

Pani Teresa przypomniała, że Hen napisał też kilka lżejszych książek, które można zaliczyć do romansów , jak np „Milczące miedzy nami”. Akcja tej powieści toczy się w Warszawie w latch 60tych.  Autor doskonale kreśli portret psychologiczny pięćdziesięcioletniego mężczyzny ubiegającego się o względy młodej, pięknej i zdawałoby się niedostępnej kobiety.

Miłość starszego mężczyzny do młodej kobiety jest tez jednym z watków powieści „Bruliony profesora T.”. Ale tutaj dodany jest jeszcze wątek sensacyjno-szpiegowski i wątek historyczny.  Korzystając z licznych źródeł i opracowań (ich lista znajduje się na końcu książki), Hen opisuje, w formie luźnych notatek, czasy rewolucji w Rosji, koncentrując sie na na konflikcie miedzy Gorkim i Leninem. Wątki te przeplatają się nawzajem cały czas i w sumie żaden z nich nie rozwija się satysfakcjonująco i powieść pozostawia pewien  niedosyt.

Pani Dorota przedstawiła nam książkę autobiograficzną Józefa Hena „Nie boję się bezsennych nocy”.  Nie jest to dziennik, ani nie sa to wspomnienia. Jest to zbiór notatek, refleksji,  spostrzeżeń na różne tematy, od osobistych przeżyć, rozwazań o środowisku literackim, relacji z podróży, po komentarze wydarzeń politycznych. Z cytatów z książki, które usłyszeliśmy, poznajemy Hena jako człowieka życzliwego światu. Budzi podziw jego apetyt na życie i niezwykła aktywność twórcza.

Oddajmy głos pisarzowi:

„My którym dzieciństwo przypadło na czasy przedwojenne, mamy większe wyczulenie na szczegół obyczajowy teraźniejszości niż ludzie, którzy w tej teraźniejszości wyrośli. Trochę tak jak zagraniczni turyści, którym rzuca się w oczy to czego krajowiec nie dostrzega.”*

I o szczęściu:

„Po latach mówimy czasem: ach, jaki byłem szczęśliwy. Ale to najczęściej nieprawda. Bo kiedyśmy byli szczęśliwi, nic o tym nie wiedzieliśmy. Zdarza się – rzadko, ale się zdarza – że wiemy, że przeżywamy coś, co jest szczęściem. I to szczęście   nigdy nie jest  gładkie. Czujemy je właśnie dlatego, że ma swoje szorstkości, że przeczuwamy jego zakończenie , nawet katastrofę. Wydaje mi się, że słodycz szczęścia potrzebuje zawsze tych kilku kropel goryczy, zebyśmy mogli uświadomić sobie jego smak”.

Z rozmowy autora z oficerem bezpieki:

„Czytałem, czytałem. Wszystko co pan napisał, czytałem. I niech pan nie myśli, że dla przyjemności.”

My czytaliśmy, mimo kilku zastrzeżeń,  z przyjemnością i z przyjemnością o książkach Józefa Hena rozmawialiśmy, jak zawsze na spotkaniach Klubu.

Zapraszamy do biblioteki Brentwood 26 października na spotkanie poświęcone  znakomitemu pisarzowi Andrzejowi Bobkowskiemu, „chuliganie wolności”.

Anna Czyżo

*wszystkie cytaty pochodza z książki „Nie boję się bezsennych nocy”, tom 1, Wyd. Sens, Poznań, 2004.

DSC02763 DSC02765 DSC02767

W maju 2009 roku, nasza wysłanniczka Ania, odwiedziła Warszawę gdzie między innymi wzięła udział w  spotkaniu uczestników Dyskusyjnego Klubu Książki w Wypożyczalni dla Dorosłych i Młodzieży Centrum im. Jana Nowaka- Jeziorańskiego Nr 97 przy ulicy Czerniakowskiej.

Ania odwiedziła również Targi Książki w Warszawie oraz spotkała się z miłośnikami książek w Warszawie i Wrocławiu.

Sprawozdanie z polskiej podróży Ani pt. ” Warszawa, książki i miłość” zamieszczamy w dziale PRZECZYTAJ I TO. Zapraszamy do lektury.

Na czerwcowym spotkaniu Ania zaprezentowała książki przywiezione z Polski a Lidia i Dorota przedstawiły  także kilka tytułów polecanych przez nas na wakacje, natomiast uczestnicy Klubu zaprezentowali polecane przez nich książki.

Poniżej niektóre z zaprezentowanych pozycji.

wspomnieniazniepamieci Libera_Godotijegocien_500pcx profesortutka

polskadasielubic mytwopolishgrandfathers dzienniki

DSC02590 DSC02588

 DSC02589 DSC02583

Już kocham cię tyle lat
Już kocham cię tyle lat,
na przemian w mroku i w śpiewie,
może to już jest osiem lat,
a może dziewięć — nie wiem.

Splątało się, zmierzchło — gdzie ty, a gdzie ja,
już nie wiem — i myślę w pół drogi,
że tyś jest rewolta i klęska, i mgła,
a ja to twe rzęsy i loki.

– Konstanty Ildefons Gałczyński

Majowe spotkanie Klubu Miłośników Książki poświęcone było książkom o miłości. Już na początku Lidia, która przygotowała zestaw lektur, stwierdziła że właściwie nie ma książek, w których temat miłości nie byłby w jakiś sposób obecny. Tym razem zaprezentowane zostały książki współczesnych pisarek polskich, w tym wiele mniej znanych.

Wszystkie wymienione tytuły można wypożyczyć w oddziałach Biblioteki Miasta Toronto.

 dolinamotyli Jak-zostac-slawna_Anna-Powierza,images_product,17,978-83-7515-036-0 Jasne-blekitne-okna_Edyta-Czepiel,images_product,5,978-83-7495-429-7 

Kamienica_Roksana-Jedrzejewska-Wrobel,images_product,16,83-89409-81-X wszystkoinnepoczeka pd_120103 

Marek Nowakowski i jego życie pod prąd

18 kwietnia 2009 w Copernicus Lodge odbyło się spotkanie o Marku Nowakowskim, pisarzu, publicyście i scenarzyście, jednym  z najpłodniejszych prozaików polskiej literatury powojennej.  Zostało ono zorganizowane przez Polski Fundusz Wydawniczy w Kanadzie przy współpracy Klubu Miłośników Książki.  Głównym prelegentem był pan redaktor Krzysztof Zarzecki, naszego Klubu wierny i bardzo aktywny dyskutant. 

Marek Nowakowski urodził się w 1932 roku w Warszawie. Należy do tzw. Pokolenia „Współczesności”, grupy pisarzy i krytyków, urodzonych w latach 1930-35,  którzy zaczynali publikować swoje utwory po roku 1956. Należeli do nich m.in.: Marek Hłasko, Stanisław Grochowiak, Ireneusz Iredyński, Roman Bratny, Ernest Bryll, Janusz Krasiński.
Marek Nowakowski debiutował w roku 1957 opowiadaniem „Kwadratowy” na łamach „Nowej Kultury”. Wydał m.in. zbiory opowiadań: „Ten stary złodziej” (1958),  „Benek Kwiaciarz” (1961),  „Silna gorączka” (1963), „Zapis” (1965), „Mizerykordia” (1971), „Książe Nocy” (1978).

Uważa się go za twórcę realizmu peryferyjnego, jako że pisze o ludziach z marginesu społecznego i z peryferii miejskich. Jego krótkie utworu prozatorskie ukazują  świat lumpów, złodziei, dziwaków, prostytutek, paserów, żyjących na obrzeżach życia i kodeksów „normalnego” społeczeństwa, ale jednocześnie respektujących własny kodeks moralny. Widać w nich jak świetnym jest obserwatorem współczesnej rzeczywistości przy jednoczesnym zachowaniu ironicznego dystansu  do tej rzeczywistości. Wyczuwalna jest w nich też tęsknota za przemijającym światem, miejscami, których już nie ma, ale  które świetnie znał, bo były tłem jego dzieciństwa i młodości.
W 1982 roku wydał „Raport o stanie wojennym”, który jest literackim zapisem wydarzeń stanu wojennego i należał do  do najgłośniejszych książek w całym dorobku literatury drugoobiegowej.

Dziesięć lat później, w utworach „Homo Polonicus” (1992), „Grecki bożek” (1993), „Strzały w motelu George”(1997), zajął się  Polską przełomu lat 80. i 90. i skutkami społecznymi ówczesnej transformacji ustrojowej.
W 2005 wydał książkę „Nekropolis” na temat życia literackiego w Warszawie jego młodości, zawierającą  dziesiątki anegdot  z życia ludzi i miejsc, których już nie ma.

Najnowsza książka „Syjoniści do Syjamu” to zbiór opowiadań ukazujących absurdy PRLu.

 Oto jak Marek Nowakowski określił swoją pisarskie doświadczenie w opowiadaniu „Karnawał i post”:

 “Niegdyś polowałem na słowa – błyszczące kamyki w szarym piachu, osobliwe, dosadne i zwariowane. Stop barwnych powiedzonek ludu w symbiozie z wynaturzoną nowomową gazet i przemówień działaczy partyjnych, żargonami technokratów, kryminalistów itp. Ten zabieg językotwórczy, zastosowany dla opisu zdewiowanej rzeczywistości, pełnej pustych pojęć, zdławionej w gorsecie propagandowego fałszu, wydawał mi się idealną formułą dla moich usiłowań pisarskich.
Dziś myślę inaczej. Suchy, wypreparowany styl, pozbawiony ozdób i barwy, przypominający naukowe, specjalistyczne rozprawy czy raporty, nie pozbawiony jednak humoru i ironii, inkrustowany z rzadka jakimś słowem jak rodzynkiem – oto forma, która pociąga mnie coraz bardziej. (…) Po prostu w zetknięciu się z rzeczywistością tęczowe pióra szarzeją, nawet spalają się na popiół. A jeżeli już pozostaną, będą jedynie teatralna dekoracją, makietą, pozorem. Nie mogę już, jak dawniej, bawić się, rozkoszować soczystością ludzkich postaci, efektownym dynamizmem zdarzeń, barwą i zapachem przyrody, pięknem życia. Ta rzeczywistość zbyt często jawi się cmentarnie.”
(Karnawał i post, Paryż: Instytut Literacki, 1988)

Pan Krzysztof Zarzecki rozpoczął  spotkanie od zarysowania sylwetki Marka Nowakowskiego podkreślając, że  należy on  do Pokolenia „Współczesności”.  Marek Nowakowski zna tysiące ludzi, ma mnóstwo przyjaciół,  pochodzących z różych sfer, również z  tzw marginesu społecznego. O nich pisze w swoich opowiadaniach i o nich wypytywała go bezpieka, gdy po raz pierwszy zetknął się z nią po swoim debiucie literackim.

 Z zainteresowaniem wysłuchaliśmy fragmentów z  książki Nowakowskiego  „Mój słownik PRLu”. Takie hasła jak „budka z piwem”, „element”, „gospodarz domu”, „księża patrioci”,  przypomniały nam nieświetne czasy komunizmu oraz nasze młode lata. Świetny był fragment o cinkciarzach, opisanych jako solidna firma-bank o uproszczonej procedurze, niezbędny w czasach   PRLu. Po upadku komunizmu wielu z nich otworzyło kantory wymiany pieniędzy i różne inne biznesy, a niektórzy nawet zostali politykami.

Głównym punktem spotkania był pokaz filmu „Errata do biografii”.  „Errata do biografii” to cykl filmów dokumentalnych odsłaniający nieznane, przemilczane bądź zmanipulowane z różnych powodów (politycznych, obyczajowych) fakty z biografii polskich pisarzy. Celem cyklu jest pokazanie rzeczywistych i pełnych portretów autorów naszych lektur. O żyjących autorach opowiadają oni sami; o tych, którzy już odeszli mówią świadkowie ich historii.

Marek Nowakowski opowiada o sobie bardzo szczerze i ciekawie. Na samym początku zaznacza, że tutaj w Polsce  jest jego dom na dobre i na złe, jego miejsce na ziemi i że nigdy nie myślał o wyjeździe z Polski. Świat go  otaczający był zawsze dla niego niewyczerpanie ciekawy i poznawanie go było jego głównym zajęciem i celem.  W wieku dojrzewania zaciekawił  go marksizm i zafascynował  ZMP.    Dla młodych ludzi w tamtych czasach, zwłaszcza tych z lumpenproletariatu,  była to szansa na uzyskanie lepszej pozycji w społeczeństwie.  Szybko jednak opuścił szeregi ZMP i  skierował się ku obserwacji świata przestępczego i ludzi żyjących na obrzeżach systemu. Ludzie ci może żyli w ruderach, ale był to świat niekontrolowany, wolny i to go fascynowało. Dzięki temu uwolnił się z zaczadzenia komunizmem. Z tych obserwacji powstała jego pierwsza książka „Ten stary złodziej”(1958), a potem „Benek kwiaciarz”(1961).  Nakłady nie były duże, ale nie spodziewał się niczego innego. 

Wydarzenia roku 1968 opisał w książce „Zazdroszczę Cyganom”. Cyganom zazdrościł wolności.
W 1974 roku wydał zbiór opowiadań „Wesele raz jeszcze”,  gdzie opisał rzeczywistość władzy i stosunków na prowincji PRL. Cenzurze taki opis prowincji się nie podobał  jako „zdecydowanie nie nasz”. W Polsce pod panowaniem Gierka, jak określił Nowakowski,  widać było  „coraz  mniej twarzy, coraz więcej mord”.  W tym czasie zaczyna się jego podziemna działalność wydawnicza. Zostaje współzałożycielem kwartalnika  „Zapis”.  Powstanie „Solidarności” obudziło w społeczeństwie silny entuzjazm i potrzebę  przywrócenia zapomnianych wartości. Była wola wspólnego działania, skupienia się wokół racji moralnych. Była bezinteresowność i potrzeba wspólnoty. Ale byli też donosiciele , kapusie współpracujący z bezpieką. Tamte wydarzenia Nowakowski opisał w kronikarski sposób w „Raporcie o stanie wojennym”(1982-84). Bezpieka nie wiedziała co z nim zrobić, nie mogła postawić zarzutu. Był śledzony i podsłuchiwany. W końcu został aresztowany za fałszywe opracowanie szkalujące PRL. Po wyjściu z więzienia dalej pisze i wysyła teksty na zachód. Po 1989 roku świat się zmienił, stare struktury upadły, ale zaraz zaczęło się „trochę jakby bydlęce życie”.

W 2007 roku Nowakowski wydaje książkę „Kryptonim Nowe. Tajemnice mojej esbeckiej teczki”. Na pytanie dlaczego ujawnia treść teczek odpowiada, że trzeba tajnych współpracowników ujawnić, żeby widzieć z kim się żyje oraz dla higieny i zdrowia społecznego.

Po filmie pan Krzysztof  Zarzecki  uzupełnił i wyjaśnił bliżej niektóre poruszone tam  fakty, a następnie przeszedł do  sprawy  15 teczek z IPN,  które Marek Nowakowski przeczytał i przeżył szok,  nazywając je „cuchnącą lekturą” . Dowiedział sie z nich, że donosiło na niego mnóstwo osób, którzy niby byli jego przyjaciółmi, z którymi pił wódkę, dyskutował, bawił się i pracował. Wśród nich byl np. jego szkolny kolega, partyjny literat Wacław Sadkowski. Inni to Andrzej Kuśniewicz,  Aleksander Minkowski, Leszek Żuliński.  Pan Krzysztof poruszył też sprawę współpracy pisarza Włodzimierza Odojewskiego z bezpieką. To wywołało gorącą dyskusję na temat IPNu, donosicielstwa, bezpieki i książki Joanny Siedleckiej pt: „Kryptonim Liryka”. Na ten temat w Gońcu z 8-14 maja ukazał się artykuł Krzysztofa Zarzeckiego.

Na koniec naszego spotkania obejrzeliśmy jeszcze jeden film z udziałem Marka Nowakowskego pt „Pod prąd”.
„Pod Prąd” jest znanym programem telewizyjnym, w którym głos mają  Ci, którzy idą „pod prąd” nie ulegając wygodnemu nurtowi.  Jerzy Zalewski, twórca programu,  przeprowadza  z nimi  trochę nietypowe,  intrygujące wywiady. Jednym z jego gości był właśnie Marek Nowakowski.

Pierwsze pytanie Zalewskiego było na temat Nagrody Literackiej im. Józefa Mackiewicza (Nowakowski przewodniczy kapitule tej nagrody). Pisarz wyjaśnia dlaczego zaistniała ta nagroda i dlaczego nadano jej imię Mackiewicza.  Mackiewicz, znakomity pisarz, nie istnieje w mediach, jest niedoceniany, przemilczany. Jego credo pisarskie mówi, że pisarz ponosi pełną odpowiedzialność za swoje milczenie, za ograniczanie swojej wolności pisarskiej i stawanie się „prostytutką”. W swojej twórczości Mackiewicz przedstawia  całą game postaw ludzkich prowadzacych do powstania „homo sovieticus”. Nagroda im. Mackiewicza jest odpowiedzią na Nagrodę Nike, która zmonopolizowała rynek literacki i narzuciła ludziom swoje gusty. To Nowakowskiego „wkurzało”, ale na szczęście znależli się dwaj przedsiębiorcy, którzy ufundowali nową nagrodę literacką.

Odpowiadając na następne pytania pisarz  mówi  o swojej twórczości jako własnej  „strefie suwerenności”. Nie  miał wielkich ambicji  walki z komunizmem, ale opisywał zawsze świat takim jakim go widział. Gdy był młodym człowiekiem i mieszkał we Włochach pod Warszawą, fascynował się zawsze strefami życia wolnego, a za takie uważał życie ludzi z przedmieść i peryferii – węglarzy, rzemieślników, kanalarzy, fryzjerów. Był też inny świat, świat niewoli, którym był wtedy obóz w Rembertowie, gdzie trzymano Akowców, przed wywiezieniem ich na Syberię, albo do więzień w Polsce. Kontrast świata wolnego i niewoli – ta sprzeczność go zawsze  intrygowała. Po ojcu nauczycielu odziedziczył zamiłowania pedagogiczne  i uczył młodzież z przedmieść  czytać i zapoznawał ich z literaturą.  Może nie tylko po to, żeby im pomóc, ale też żeby się wkupić do ich świata, pozyskać ich względy. Przeżył też okres fascynacji komunizmem i Stalinem. Był zagorzałym ZMPowcem, wygłaszał przemówienia, agitował. Było to zaprzeczenie jego tradycji rodzinnych i rodzina była tym oburzona i przestraszona. . Ale on  nigdy nie donosił, nie kapował, chociaż było to obowiązkiem działacza ZMP. W pewnym momencie zauważył, że to wszystko opiera się na przemocy, że działa  przeciwko zwykłym ludziom. Jednocześnie jego znajomość świata peryferyjnego, świata drobnych przestępców, pozwoliła mu zrozumieć, że tam jest rzeczywista wolność. Nagle ZMP przestało go  zupełnie  interesować.

Ten świat marginesu był bardzo zróżnicowany. Byli tam złodzieje i byli tam byli Akowcy, i wiele   innych ludzi, którzy nie umieli się znaleźć w nowej rzeczywistości. Najważniejsza była tam braterska tolerancja, nieważne było pochodzenie człowieka, wszyscy byli równi. Komunistów traktowali oni jak frajerów.
A jak to się stało, że zaczął pisać? Nowakowski odpowiada, że pisanie zaczęło sie bardzo zwyczajnie. W domu rodzinnym był stół, gdzie rodzice poprawiali klasówki i on też tam pewnego dnia usiadł i zaczął pisać.  Pisał o swoich enklawach wolności, złodziejach, więzieniach, pisał z potrzeby serca.  Miasto  było jego „teatrem i pisarskim laboratorium”. 

Na pytanie jakie to było miasto,  Nowakowski odpowiada, że bardzo kontrastowe i poznał je w różnych jego warstwach – przedwojenne , wojenne i okupacyjne, i powojenne, i jednocześnie życie współczesne. Wszystko to się mieszało. Poznał też nową formację ludzi, dla których ważne było, żeby dobrze się ustawić i robić karierę. Był zawsze  ciekawy życia, znał mnóstwo ludzi z marginesu, był jednym z nich. Nawet jak już wydawał książki, nie kojarzył się tym ludziom z  pisarzem.

Środowisko literackie też traktował jako świat do poznania. Dziwił się, że niektórzy piszą na zamówienie. Co nimi kierowało? Nie mógł tego pojąć, bo dla niego pisanie jest wolne i wara wszystkim cenzorom. Tylko on decyduje co, jak i kiedy pisze.

Pisarz nie miał na początku dużych kłopotów z cenzurą, ale już drugą jego książkę wstrzymała cenzura za  czarnowidztwo. Czekała 2-3 lata na publikacje. Dopiero później, gdy rozszerzał krąg swoich zainteresowań, cenzura zaczęła się go czepiać. Nigdy nie miał poczucia, że szedł cenzurze na rękę.
W dalszym ciągu wywiadu Nowakowski opowiedział jak wyglądało jego „drugie życie”, tzn współpraca z „Kulturą” paryską. Jego książka, zapis na gorąco wydarzeń 68 roku, „Jak zazdroszczę Cyganom”,  dotarła do Paryża i  Giedroyć, redaktor „Kultury”,  bardzo chciał ją wydać. Nowakowski pojechał do Paryża, ale po przeczytaniu po raz któryś swojej książki, zaczęła mu się ona nie podobać i nie pozwolił  na jej wydanie. Bał się, że zostanie w ten sposób politycznym pisarzem. Podzielił ją  na części i fragmenty były publikowane pod pseudonimem w „Kulturze”.
W stanie wojennym Nowakowski  zaczął rejestrować, opisywać na gorąco,  to co się działo wtedy w Polsce. Kojarzyło mu się to z okupacją hitlerowską.  Był to czas, gdy działał społecznie i jednocześnie pisał i drukował w „Kulturze”. Wydał „Raport o stanie wojennym” pod swoim nazwiskiem, nie pod pseudonimem, co dziwiło bardzo jego znajomych.. Bezpieka wzywała go na rozmowy, przeprowadzali rewizje, śledzili. W końcu go aresztowali w 1984 roku. Przesiedział parę miesięcy na Mokotowie. Po wyjściu dalej pisał i wysyłał swoje teksty na zachód.

Dla Marka Nowakowskiego najważniejsze zawsze było i jest, żeby „mieć parę do pisania”, żeby móc jak najdłużej pisać. „Wygrać stawkę pisarską do końca” – tym stwierdzeniem pisarza kończy sie film „Pod prąd”.
Na tym też zakończyło się to interesujące spotkanie o pisarzu, który zawsze w swojej twórczości i w swoim życiu idzie „pod prąd”. Dziękujemy panu redaktoromi Krzysztofowi Zarzeckiemu za świetne przygotowanie i poprowadzenie spotkania, jak zawsze na najwyższym poziomie i z wielką kulturą.

– Anna Czyżo

Zapraszamy serdecznie do biblioteki Brentwood na spotkanie majowe Klubu Miłośników Książki na temat miłości w literaturze polskiej.

Książki Marka Nowakowskiego są dostępne w bibliotekach publicznych miasta Toronto.

Bibliografia:

  • TEN STARY ZŁODZIEJ, 1958.
  • BENEK KWIACIARZ, Warszawa: Czytelnik, 1961.
  • SILNA GORĄCZKA, Warszawa: Czytelnik, 1963.
  • TRAMPOLINA, Warszawa: Czytelnik, 1964.
  • ZAPIS, Warszawa: PIW, 1965.
  • GONITWA, Warszawa: Czytelnik, 1967.
  • ROBAKI, Warszawa: PIW, 1968.
  • MIZERYKORDIA, Warszawa: Czytelnik, 1971.
  • UKŁAD ZAMKNIĘTY, Warszawa: PIW, 1972.
  • KSIĄŻĘ NOCY, Warszawa: PIW, 1978.
  • ŚMIERĆ ŻÓŁWIA, Warszawa: Czytelnik, 1973.
  • WESELE RAZ JESZCZE, Warszawa: PIW, 1974.
  • CHŁOPIEC Z GOŁĘBIEM NA GŁOWIE, Warszawa: PIW, 1979.
  • RAPORT O STANIE WOJENNYM (1982 – 1984), Białystok: Versus, 1990.
  • NOTATKI Z CODZIENNOŚCI (grudzień 1982 – lipiec 1983), Warszawa: Czytelnik, 1993.
  • DWA DNI Z ANIOŁEM (1984), Poznań: Kantor wydawniczy SAWW, 1990 (1 wydanie pierwszoobiegowe).
  • WILKI PODCHODZĄ ZE WSZYSTKICH STRON (1985), Warszawa: PIW, 1990.
  • GRISZA, JA TIEBIA SKAŻU (1986), Poznań: SAWW, 1990.
  • PORTRET ARTYSTY Z CZASÓW DOJRZAŁOŚCI, Warszawa: Iskry, 1989.
  • KARNAWAŁ I POST, Warszawa: NOWA, 1989.
  • HOMO POLONICUS, Warszawa: Pomost, 1992.
  • POWIDOKI, Warszawa: Alfa Wero 1995.
  • STRZAŁY W MOTELU GEORGE, Warszawa: Most, 1997.
  • EMPIRE, Warszawa: Twój Styl, 2001

83-07-03073-0_86098_f2   83-7163-240-1_34211_f  83-7179-205-0_61792_f1

dsc_0783 dsc_0779   dsc_0788  dsc_0804

 dsc_0799 dsc_0792 

dsc_0796 dsc_0805   dsc_0777

Marcowe spotkanie Klubu Miłośników Książki zaczęło się od przyjacielskich pogaduszek, jako że większość z nas przychodzi na spotkania od dawna i już dobrze się znamy. Niestety nie mogliśmy zaprosić głównego bohatera naszego spotkania – Janusza Głowackiego (za co naszych gości przeprosiłyśmy), ale kto wie, może w przyszłości jeszcze będzie taka okazja.

Rozmowę o Januszu Głowackim, prozaiku, dramaturgu, felietoniście i scenarzyście, zaczęliśmy oczywiście od jego życiorysu. Urodził się w 1938 roku w Poznaniu, ale to Warszawa była jego rodzinnym miastem i w wielu jego opowiadaniach i felietonach jest ona często w tle. Próbował zostać aktorem, ale wyrzucono go ze szkoły teatralnej za brak zdolności i cynizm. Ukończył Filologię Polską na UW. Już w czasie studiów zaczął pisać. Były to recenzje teatralne, w których odgrywał sie na profesorach, którzy go pozbawili szansy zostania aktorem. Po studiach pracował jako felietonista w czasopiśmie „Kultura” (1964-81). Jego felietony i opowiadania (zamieszczone później m.in. w tomach „Wirówka nonsensu”, „Nowy taniec La-ba-da” i „Jak być kochanym”) są świetnym przykładem umiejętnego obchodzenia cenzury, wręcz sobie z niej kpienia. Postanowił „rzeczy paskudne przechwalić do obłędu i tym sposobem ośmieszyć. Żeby tak tego spragnionego pieszczot kotka na śmierć zagłaskać”. Nabierali się na to nie tylko cenzorzy, ale i czytelnicy.

Jego felietony mówiły o sprawach i wydarzeniach tamtych lat, ale mimo że tyle lat upłynelo, sa ciągle zrozumiałe nawet dla młodszego pokolenia, bo przywary i zachowania ludzkie się przecież nie zmieniły.

Niektóre felietony były swoistym omówieniem i interpretacją lektur obowiazkowych, a ściślej mówiąc, ogólnie znanych utworów klasycznych, jak np „Pieśni o Rolandzie”, „Makbeta” czy „Hamleta”. Wprawni czytelnicy rozpoznawali aluzje do czasów i wydarzeń współczesnych.

„Wracając do Makbeta: pozornie jest to sztuka przeciw buntownikom i zdrajcom, ale w sumie wszyscy królowie mogą się poczuć obrażeni. Nie chcę bronić tego utworu, który jest tendencyjny, niesłuszny ideowo, nieprawdopodobny psychologicznie i po prostu źle napisany. Nawet w przedstawieniu ludu obsesjonizm Szekspira wypacza rzeczywistość. Czy rzeczywiście proste angielskie chłopaki musza być pokazane jako wiedźmy? Żeby jeszcze jedna była wiedźma, ale trzy? Przyjrzyjmy się charakterystycznemu dla Szekspira nachalstwu w wywoływaniu nastrojów: wiedźmy skrzeczą, ziemia dygoce jak w gorączce – to jeszcze jest do przyjęcia. Ale dwa wiersze niżej – sokół zostaje zadziobany w locie przez sowę? A następnie konie rzucają się na siebie i pożerają się żywcem. Konsultowałem tę scenę ze specjalistą, który z całą odpowiedzialnością stwierdził, że o ile byłoby to możliwe w środowisku świń, to u koni jest wykluczone. Słowem Szekspir wyraźnie odszedł tu od realizmu.”( Jak być kochanym, s.34)

Głowacki twierdził, że w czasach PRL-u prawdziwa wolność wypowiedzi obowiązywała jedynie na terenie toalet publicznych i przytaczał raczej niecenzuralne teksty z tychże toalet.

Prozę Głowackiego trudno czytać bez ciągłego śmiania się i chichotania . Wszystko co pisze, choćby było tragiczne i smutne, jest bliskie anegdoty. Swój pogląd na taki styl pisania wyraził w wypowiedzi zanotowanej na internetowym czacie: „Ja uważam, że życie jest strasznie nasycone absurdem. Uważam, że przez anegdotę łatwiej jest pokazać coś ważnego i poważnego. Anegdoty dają do myślenia. Nie należy ich lekceważyć”. Jego opowiadania zawierają złośliwe i ironiczne opisy elit warszawskich – pisarzy, aktorów, „prostych alkoholików”, badylarzy, cinkciarzy i czerwonej burżuazji. Janusz Głowacki był znanym playboyem warszawskim, bywalcem restauracji, knajp i podejrzanych spelunek i doskonale znał ten światek. Przyjażnił się z Janem Himilsbachem i Zdzisławem Maklakiewiczem.

Tak to wygladalo w SPATiFie:

„Elegancka część towarzystwa, czyli Antoni Słonimski, Paweł Hertz, Julian Stryjkowski czy Adam Ważyk, wychodziła koło jedenastej. A potem, jak by napisał Sergiusz Jesienin – alkoholu rozlewała się rzeka. Między stolikami zaczynał krążyć krytyk z Trybuny Ludu i w napadach dostojewszczyzny szlochał: „Boże, jaka ja jestem straszna świnia”, i błagał, żeby mu ktoś napluł w twarz. Do szatni wynoszono i układano pod opieką Franka aktualnych mistrzów olimpijskich. Tajniacy skarżyli się na niską jakość aparatury podsłuchowej, a miejscowy chochół Zdzisio Maklakiewicz zaczynał swoje opowieści „o polskim bohaterze niedorzecznym” albo brzdąkał na pianinie i śpiewał: „Wczoraj szedłem po Warszawie. Gołąb nasrał mi na głowę. Ja , dlaczego zawsze ja? Warszawa milion mieszkańców ma”. To był taki „Titanic”, tyle że nie tonął i woda najwyżej do kostek. Odrobinę też „Bal u Senatora”. Tyle że sami swoi i czasy łagodniejsze. Ciągle się ktoś przysiadał i w ogóle nie było pewności z kim się pije. Kiedyś mówię do jakiegoś faceta: „Ci skurwysyni ubecy”. A on na to rozżalony: „Chciałem ci powiedzieć, Januszu, że wielu z tych ludzi, których pogardliwie nazywasz ubekami, czyta twoje książki i mówi o tobie z szacunkiem”. O, kurwa, pomyślałem.” (Z glowy, s.123-124)

Jego pisanie to całe zycie, takie jakie jest, łącznie ze świetnie oddaną potoczną mową, konkretnie i realistycznie przedstawione, bez upiększeń i prób przypodobania się czytelnikowi. Każde zdanie coś istotnego przekazuje, coś znaczy. Jednocześnie wszystko to jest zabarwione charakterystycznym, trochę cynicznym humorem i ironią.

„Otóż ja się tak przyzwyczaiłem do udawnia, że żyję ironicznie, że po paru latach już nie byłem pewien, czy jeszcze udaję” .( Z głowy s. 138)

„Część krytyków na świecie uważa, że to, co piszę, jest naturalistyczne, a część, że to surrealizm. Wygląda na to, że jedni i drudzy mają rację, bo na początku naszego wieku XXI odróżnienie naturalizmu od surrealizmu robi się coraz trudniejsze. Wszystko, co piszę, dzieje się w swiecie realnym. Jest tak realne, że brzmi nierealnie.” (Z głowy, s.236)

Na przełomie lat 60. i 70. Janusz Głowacki napisał kilka scenariuszy filmowych. Andrzej Wajda oparł swój film „Polowanie na muchy” na twórczości Głowackiego. Prawdziwym sukcesem okazał się film stworzony we współpracy z Markiem Piwowskim pt. “Rejs”, który przez wielu uważany jest za najlepszą polską komedię wszechczasów i film kultowy. Jest też autorem scenariuszy do filmów „Trzeba zabić tę miłość” i „Billboardu”.

Światową sławę przyniosła Głowackiemu jego twórczość dramaturgiczna. W latach 70-tych jego sztuki były wystawiane w polskich teatrach i w teatrze telewizji. W grudniu 1981 roku, na kilka dni przed wprowadzeniem w Polsce stanu wojennego, Głowacki wyjechał do Londynu na premierę swojej sztuki Kopciuch.

„Do Londynu wyjechałem na tydzień. A tu stan wojenny i się zostałem na emigranta. Potem Nowy Jork, bo jak już emigrować, to tam. Do Polski przyjechałem po ośmiu latach. Potem wróciłem do USA i tak się huśtam nad oceanem” – opowiadał Głowacki („Rzeczpospolita, 2004 r.).

Początki jego życia emigranckiego nie były łatwe. Zaznał upokorzeń jak większość emigrantów.

„Szybko też przyuważyłem, że Amerykanie bardzo lubią kogoś wynieść w górę, a później zepchnąć z powrotem. Przekonało się o tym wielu artystów, a wśród nich paru Polaków. Nad Wisłą zresztą tę pierwszą fazę wynoszenia zwykle się pomija.” (Z glowy, s.51).

Pierwszą sztuką napisaną przez Głowackiego w U.S.A. byla tragifarsa „Fortynbras się upił” – opowieść o wydarzeniach na dworze Hamleta, opowiedziana z norweskiego punktu widzenia.

Wiele nagród przyniosła mu sztuka „Polowanie na karaluchy” (wystawiona w 1986), smutno-śmieszna opowieść o parze polskich emigrantów przegadujących bezsenne noce w najbiedniejszej części Manhattanu.

„Antygona w Nowym Jorku” (1992 r.), tragikomedia będąca opowieścią o trójce bezdomnych, Polaku, Rosjaninie i Portorykance przeżywających chwile miłości, nadziei i rozpaczy w nowojorskim Tompkins Square Park, została napisana na zamówienie waszyngtońskiego teatru Arena Stage i znalazła się na liście 10 najlepszych tekstów dramatycznych 1993 roku, publikowanej przez tygodnik „Time”. Została przetłumaczona na ponad 20 języków . Po roku 1989 zaczęto obie sztuki wystawiać również w Polsce.

Natomiast Kopciuch przyniósł Głowackiemu sławę wśród teatromanów całego świata. W 1986 r. w Buenos Aires Kopciuch otrzymał najbardziej prestiżową nagrodę teatralna argentyńskiej krytyki “Premio Moliere.”

Sztuki Głowackiego grane są od Nowego Jorku, Los Angeles, Las Vegas, Toronto, Londynu, Marsylii, Sydney i Bonn po Pragę, Warszawę, Moskwę, Petersburg, Dagestan, Seul i Tajpej.

Najnowsza, „Czwarta siostra” jest gorzką komedią nawiązującą do „Trzech Sióstr” Czechowa.

Jego pisanie to całe zycie, takie jakie jest, łącznie ze świetnie oddaną potoczną mową, konkretnie i realistycznie przedstawione, bez upiększeń i prób przypodobania się czytelnikowi. Każde zdanie coś istotnego przekazuje, coś znaczy. Jednocześnie wszystko to jest zabarwione charakterystycznym, trochę cynicznym humorem i ironią.

„Otóż ja się tak przyzwyczaiłem do udawnia, że żyję ironicznie, że po paru latach już nie byłem pewien, czy jeszcze udaję”.( Z głowy, s. 138).

„Część krytyków na świecie uważa, że to, co piszę, jest naturalistyczne, a część, że to surrealizm. Wygląda na to, że jedni i drudzy mają rację, bo na początku naszego wieku XXI odróżnienie naturalizmu od surrealizmu robi się coraz trudniejsze. Wszystko, co piszę, dzieje się w swiecie realnym. Jest tak realne, że brzmi nierealnie.” (Z głowy, s.236).

Z dużym zainteresowaniem wysłuchaliśmy dowcipnych i ciekawych wspomnień osób, które poznały Głowackiego osobiście. Pan Andrzej, zapalony narciarz, próbował namówić Głowackiego na narty, ale bez powodzenia. Głowacki uważał, że to za nudne: góra-dół, góra-dół. Za to wieczorami był duszą towarzystwa.

Pan Krzysztof i pani Irena znali matkę pisarza, panią Helenę Głowacką i opisali ja jako bardzo miłą i kulturalną panią, redaktorkę w wydawnictwie. Znany aktor, Kazimierz Rudzki, był jej bratem. Pani Głowacka uwielbiała literaturę francuską i potrafiła godzinami czytać synowi Prousta.

„Bardzo długo wszystko, co napisałem długopisem, dyktowałem matce, czyli była pierwszą osobą, która to czytała i oceniała. Rozmaici życzliwi znajomi wiedzieli, że matka jest redaktorką w wydawnictwie, więc opowiadali, że to niemożliwe, żebym to ja pisał. Bo jestem playboy i chodzę po Nowym Świecie w rozpiętej do pasa koszuli. I się zaklinali, że to matka wszystko za mnie robi. Dopiero kiedy zacząłem pisać rozmaite świństwa, zawahali sie, no bo tego to już by pani Głowacka nie napisała. Musiałem też znaleźć sobie kogoś innego do przepisywania, bo matka coraz czesciej mówiła: Przykro mi, Janku, ale tego nie napiszę. Więc błagałem: Napisz mamusiu. Ale nic się nie dawało zrobić. Przykro mi , ale nie. No i to było i śmieszne, ale i jakoś bolesne, drugie odcięcie od matki.” (Z glowy, s. 264).

Ostatni rozdział swojej autobiografii „Z głowy” Głowacki poświęcił pożegnaniu z matką. Był to dla niego najtrudniejszy fragment książki. Tutaj wyraźnie widać, że jest on nie tylko cynikiem i kpiarzem , ale jednocześnie człowiekiem bardzo wrażliwym i uczuciowym.

Pan Krzysztof zauważył, że dla Głowackiego nie ma świętości. Wszystko w dowcipny sposób sprowadza do parteru. Padło pytanie, co myślimy o postawie moralnej Głowackiego: czy jest on cynikiem? W odpowiedzi kilka osób podało przykłady na wrażliwość i empatię Głowackiego. To, że pisał o ludziach z marginesu, ludziach biednych i traktował ich na równi z innymi, świadczy o nim raczej pozytywnie, chociaz może wzbudzać wątpliwości sposób ich przedstawienia. Jego stosunek do matki i córki Zuzi też jest pełen uczucia i troski.

Nie wszyscy uczestnicy spotkania byli zachwyceni twórczościa Głowackiego. Niektórzy nie mogli przebrnąć przez jego książki z powodu wulgarnego słownictwa, którego tamże nie brakuje.

Lidia przedstawiła nam swoją ocene sztuki Głowackiego „Antygona w Nowym Jorku”. Uważa ona, że Głowacki ma nieprzeciętny talent, a jego sztuka bardzo ją wciągnęła. Głowacki pokazał człowieczeństwo ludzi, o których nic nie wiemy, oprócz tego, że są to ludzie spoza marginesu. W ich świecie panuje prawo dżungli, ale to nie znaczy, że nie mają oni swojego kodu moralnego. Lidia zaznaczyła, że gdyby nie przekleństwa, to przeczytałaby wszystkie sztuki Głowackiego.

Pan Leszek zwrócił uwagę na to, że Głowacki oparł się na tragedii Sofoklesa pisząc swoją Antygonę i zauważył, że postać Policjanta w „Antygonie w Nowym Jorku” pełni rolę jednosobowego chóru. Chór w tragedii antycznej pełnij ważną rolę objaśniającą i komentującą.

Jak zwykle trudno nam było zakończyć nasze spotkanie i rozstać się Januszem Głowackim i jego książkami. Zachęcam do sięgnięcia po książki Głowackiego, a znaleźć je można w torontońskich bibliotekach publicznych.

– Anna Czyżo

Older Posts »